Wywiady: „Przemoc finansowa boli równie mocno jak pięść partnera na twarzy.”

Na portalu internetowym „Na Temat” ukazał się wywiad – rzeka z psychoterapeutą, Mieczysławem Jaskulskim. Rozmowa jest o pieniądzach i przemocy finansowej. Zapraszam o lektury!

Psychoterapia Gdańsk„Przemoc finansowa boli równie mocno jak pięść partnera na twarzy. Upokarza tak samo, jak drwina, która burzy twoje poczucie własnej wartości. Czasem nie zdajesz sobie sprawy, że dotyczy ona również ciebie. A jeśli już wiesz, to masz poczucie, że tkwisz w sytuacji bez wyjścia. Jak się uwolnić z tej pułapki, jak otwarcie rozmawiać o pieniądzach w związku oraz jak wychować swoje dziecko, by nigdy nie stało się ofiarą, ani tym bardziej katem. Rozmawiam o tym z Mieczysławem Jaskulskim – psychoterapeutą Labolatorium Psychoedukacji. Zaparz kawę i porozmawiaj z nami.

Wczoraj rozmawiałam ze kolegą, który opowiadał mi o powszechnym zjawisku przemocy finansowej wśród swoich znajomych. Zaskoczyło mnie, kiedy powiedział, że kobiety, które tej przemocy doświadczają, często nawet nie są tego świadome. Według niego przemoc zaczyna się w momencie, w którym rodzi się dziecko. Ona zostaje w domu, by je wychowywać. On w tym czasie zaczyna więcej zarabiać, więc ona nie musi wracać do pracy, lub po paru latach nawet kiedy chce, to nie bardzo ma jak.

Przede wszystkim takie sytuacje, jak przemoc finansowa nie powstają nagle. One, w taki czy inny sposób, musiały się dziać od początku związku, bo przecież mężczyzna nie zmienił się nagle, pod wpływem pojawienia się na świecie dziecka i tego, że ta kobieta przez pierwsze lata je wychowywała, dając mu tym samym bezcenną wartość.

Czyli historia przemocy w takiej rodzinie musiała mieć miejsce od samego początku?

Oczywiście, był jednak jakiś powód, dla którego oboje tego nie dostrzegali, ale też być może, nie omówili tego, jak widzą na przykład podział obowiązków w tej relacji.

Czy pieniądze są również o władzy?

Pieniądze mogą spełniać przeróżne funkcje, ale przede wszystkim są symbolem – na przykład szeroko pojętej dominacji. Warto jednak pamiętać, że za każdą tyranią najczęściej stoi lęk, rodzaj słabości, a pieniądze są formą siły, która te wszystkie słabości zasłania.

To ważne co Pan powiedział, bo to demaskuje oprawcę, ale przecież wiemy, że on sam z siebie się nie zmieni, dopóki faktycznie nie zobaczy, że ma problem. Co ma jednak zrobić kobieta, która tego doświadcza, a na dodatek nie zarabia?

Wie Pani, w tym ‘nie zarabia’ tkwi pewien haczyk. Bo fakt, że nie zarabia, nie oznacza, że nie wnosi wartości. Pytanie na co oboje partnerzy się godzą i na ile robią to świadomie, a na ile ‘w amoku miłości’, na przykład podpisując intercyzę i widząc same jej zalety. Wtedy powinna zapalić się lampka ostrzegawcza, zwłaszcza jeśli któraś ze stron czuje się do tego zmuszona.

Wracając do sedna, pytanie, jakie kobieta daje sobie prawo do zarobianych przez męża pieniędzy, podczas kiedy ona na przykład wychowywała dziecko. Z pracy z pacjentami w gabinecie wiem również, że często kobiety nie chcą wiedzieć o różnych rzeczach – na przykład ile kosztuje utrzymanie mieszkania, ubezpieczenie samochodu, czy jakie biznesy prowadzi mąż. Bo to je niepokoi, budzi lęk. (…)


całość jest dostępna tutaj:

www.natemat.pl/171009,przemoc-finansowa-boli-rownie-mocno-jakipiesc-partnera-na-twarzy-zobacz-jak-stajesz-sie-ofiara


 GABINET PSYCHOTERAPII W GDAŃSKUPSYCHOTERAPIA GDAŃSK

Wywiady: „Tylko silni mężczyźni płaczą naprawdę.”

Poniżej fragment wywiadu – rzeki z psychologiem, psychoterapeutą, Wojciechem Eichelbergerem. Rozmowę prowadzi redaktorka „Wysokich Obcasów”, Agnieszka Jucewicz:

Psychoterapia GdańskZaczynamy tęsknić za tzw. prawdziwym mężczyzną?

Kto pani zdaniem za nim tęskni?

Na przykład kobiety. Niezależne, z pasjami. Szukają równie samodzielnych, zdecydowanych mężczyzn, na których mogłyby polegać, ale częściej trafiają na biernych, niepewnych siebie, którzy oczekują wsparcia i dopieszczenia. O tej tęsknocie za silnym mężczyzną opowiadała mi również Alicja Długołęcka, edukatorka seksualna. Coraz więcej kobiet na jej warsztatach zwierza się, że w łóżku pragną samca alfa, a nie „misia”. Tęsknotę tę widać też w popkulturze, choćby w filmie „Zjawa”, obsypanej nagrodami, brutalnej historii o mężczyźnie, którego nic nie jest w stanie zabić, nawet wielka niedźwiedzica. Albo w sukcesie książki o fascynacji drewnem „Porąb i spal”, którą reklamuje się jako tytuł „dla prawdziwych mężczyzn”.

Bardzo mnie cieszą pani obserwacje. Przede wszystkim to, że kobiety zaczynają przyznawać się do tęsknoty za silnym mężczyzną. Bo to może oznaczać, że pojawiła się szansa na przełamanie tego kryzysu męskości, którego świadkami jesteśmy od lat. Może wreszcie z tego galimatiasu społeczno-kulturowego, w którym kobiety zdecydowanie zyskały na sile i niezależności – ekonomicznej, zawodowej, obyczajowej – a mężczyźni się zagubili, bo stary wzorzec męskości przestał obowiązywać, wyłoni się jakiś nowy typ mężczyzny, który będzie się umiał w tej nowej rzeczywistości odnaleźć.

Mężczyzny, który potrafi być i czuły, i stanowczy. Mężczyzny, który zajmie się malutkim dzieckiem i nie będzie uważał tego za niemęskie, a jednocześnie będzie umiał stanąć w obronie swojej rodziny, kiedy zajdzie taka potrzeba. Mężczyzny świadomego i pewnego swojej roli, tego, kim jest w relacji z partnerką, z dziećmi, w pracy.

Mężczyźni nie są dzisiaj tego pewni?

Wielu ma wątpliwości. Przychodzą na terapię indywidualną albo dla par i mówią na przykład: „Nie wiem, jak mam ułożyć sobie relację z moją partnerką, która więcej ode mnie zarabia, robi karierę, a mnie właśnie grozi zwolnienie” albo „Ona sobie świetnie radzi sama, nie potrzebuje mojej opieki. Do czego ja jej właściwie jestem potrzebny? Co ja mam robić w tym związku?”. Coraz więcej jest mężczyzn, którzy, jak to się brzydko mówi, siedzą w domu. Oczywiście, kobiety dobrze wiedzą, co się za tym siedzeniem kryje. Ci mężczyźni też w tym domu pracują, robią, co mogą, ale nie potrafią z tego czerpać satysfakcji.

Bo?

Bo ten stary model męskości, który dostali w spadku, podszeptuje im, że to nie tak ma być. A nowego nie ma! Rozmawiałem ostatnio z pewną kobietą, która zrobiła „badania terenowe” na placach zabaw wśród ojców opiekujących się małymi dziećmi. Wyszło jej, że większość tych mężczyzn wstydzi się tego, że są pełnoetatowymi ojcami. Nie wchodzą w interakcje ani z innymi mężczyznami w podobnej roli, ani z matkami. Trzymają się raczej z boku, chodzą z tymi wózkami gdzieś po krzakach. Zapytani o to mówią: „Nie ma się czym chwalić. Przecież nie będę rozmawiał z innymi mężczyznami o tym, które pieluchy są lepsze”. Brakuje im wzorców, żeby mogli się poczuć w tej sytuacji dobrze. Dumni, a nie obdarci ze swojej męskości. Do tego jeszcze część kobiet patrzy na nich z życzliwością, ale jednocześnie z pewną nutą pobłażliwości i lekceważenia, że jednak ten mężczyzna byłby więcej wart, gdyby potrafił zarobić na kogoś, kto by z tym wózkiem chodził. (…)”


całość jest dostępna na stronie internetowej:

www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,127763,19711535,tylko-silni-mezczyzni-placza-naprawde.html


PSYCHOLOG W GDAŃSKUPSYCHOTERAPIA GDAŃSK

Wywiady: ”Mamo, chciałbym cię zabić”.

Intrygująca rozmowa o agresji, wychowywaniu dzieci w dzisiejszych czasach, parentyfikacji i rodzicach „pozwalających swoim dzieciom na wszystko”:

Gabinet Psychoterapii w Gdańsku„Dlaczego dzieci zaczynają okazywać agresję względem rodziców? Jak kształtują się relacje we współczesnej rodzinie? Kiedy rodzice powinni poprosić o pomoc specjalistę? Rozmawiamy o tym z psychologiem Hubertem Czemierowskim:

Lukas i Elias to dziewięcioletni bliźniacy. Śliczni jak aniołki. Wspólnie z mamą, młodą kobietą po niedawno przebytej operacji plastycznej, spędzają lato w domu na wsi. Biegają po lesie, pływają w jeziorze, trochę się nudzą i zaczynają buntować się przeciw zasadom narzuconym w domu. Mama staje się poirytowana. Synowie stają się agresywni. A agresja ma tendencje do eskalacji.

Chłopcy fantazjują o wrzucaniu jej robaków do łóżka, a później ją do niego przywiązują. Zalepiają jej usta klejem, a potem rozcinają je nożyczkami do paznokci. Twarz matki wykrzywia grymas bólu. Na białą pościel ścieka krew, ale jej krzyków na odludziu nikt nie usłyszy.

Ten horror rozgrywa się w filmie „Widzę, widzę”. Severin Fiala i Veronika Franz przełamują w nim silne tabu: agresji, którą dzieci mogą wykazywać wobec własnych rodziców. I przemocy, którą może się to skończyć. Mocny obraz potraktowaliśmy jako punkt wyjścia do rozmowy o tym, co się dzieje, kiedy to dzieci próbują przejąć władzę nad dorosłymi.

Anna Bielak: „Spędziliśmy na tym planie najlepsze lato w życiu” – powiedzieli Lukas i Elias Schwarzowie. W filmie „Widzę, widzę” chłopcy zagrali braci, którzy torturują mamę. Przemoc bez konsekwencji jest źródłem przyjemności?

Hubert Czemierowski: Przemoc jest ekscytująca. Nie sądzę jednak, że ekscytuje zadawanie bólu. W grę wchodzi raczej posiadanie władzy nad drugą osobą. To ona jest podniecająca. Znajoma opowiadała mi, jak będąc jedenastoletnią dziewczynką, uczennicą z wzorowym zachowaniem i czerwonym paskiem na świadectwie, odkryła, jaką przyjemność sprawia dzierżenie władzy nad kimś od niej słabszym. Razem z przyjaciółką pojechały na obóz i okazało się, że dzielą pokój z koleżanką, która panicznie boi się opowieści o duchach. Wystarczyło kilka słów i koleżanka nie spała całą noc, trzęsąc się ze strachu i płacząc. Wspominała, że delektowały się poczuciem posiadania tak wielkiego wpływu na kogoś innego. W dobrych domach, w których się wychowały, nigdy się z czymś takim nie spotkały.

Jak kształtują się relacje władzy we współczesnych rodzinach?

– Układy są dziś bardziej partnerskie, niż były kiedykolwiek wcześniej. Pokolenia urodzone na przełomie lat 70. i 80. z uporem do tego dążyły. Ludzie, którzy dziś są po trzydziestce, byli jeszcze wychowywani w tradycyjny sposób – w rodzinach, w których władzę dzierżyli starsi. Wielu z nich nie chce powielać tego modelu. To zresztą naturalne, że każde kolejne pokolenie chce działać w kontrze do poprzedniego. Rodzice, którzy nie cieszyli się pełnią wolności jako młodzi ludzie, właśnie ją najbardziej chcą podarować swoim dzieciom. Ci, którzy żyli w szarej rzeczywistości, wydają pieniądze na zabawki, podróże i ciuchy. Tacy, którym w młodości powtarzano, że dzieci i ryby głosu nie mają, chcą rozmawiać z dziećmi i pozwolić im na podejmowanie decyzji. I generalnie nie ma w tym nic złego.

Ale każdy kij ma dwa końce.

– Bo czasem granica między dorosłym a dzieckiem za bardzo się zaciera. Współcześni rodzice często nie chcą wejść w rolę „dorosłych”. Szukają w dzieciach partnerów do wspólnej zabawy. Czasem, kiedy widzę na ulicy matkę i nastoletnią córkę, trudno mi powiedzieć, która jest która. Jedna się odmładza, druga się postarza. Pamiętam też jeden z pikników rodzinnych, w których uczestniczyłem. Przyszedł na niego ojciec z synem. Byli identyczni. Ubrani w takie same szorty i koszulki polo. Mieli takie same fryzury. Trzydziestoletni facet wyglądał i zachowywał się jak ośmiolatek – jakby był kumplem swojego syna. Zresztą ubrania dla dzieci kiedyś były zupełnie inne. Dziś są tylko zminiaturyzowanymi wersjami ubrań dla dorosłych. Za tą zmianą idą kolejne. (…)”


cały wywiad można przeczytać tutaj:

www.weekend.gazeta.pl/weekend/1,138262,19607174,mamo-chcialbym-cie-zabic-czy-agresja-dzieci-wobec-rodzicow.html


PSYCHOTERAPEUTA GDAŃSKGABINET PSYCHOTERAPII W GDAŃSKU

Wywiady: „Miłość ci wszystko wypaczy.”

Ciekawy i nieco kontrowersyjny wywiad o miłości z perspektywy psychologii społecznej. Z profesorem Bogdanem Wojciszke rozmawia Marcin Rotkiewicz, redaktor tygodnika „Polityka”. Warto przeczytać!

Gabinet Psychoterapii w GdańskuMarcin Rotkiewicz: – Czytając pańską książkę „Psychologia miłości” miałem wrażenie, że jednym z głównych jej celów jest radykalne rozprawienie się z fatalnym, pana zdaniem, mitem miłości romantycznej.

Bogdan Wojciszke: – Wcale nie twierdzę, że miłość romantyczna jest fatalna.

Ale pisze pan: „Kult miłości romantycznej jest w naszej kulturze równie rozpowszechniony co niedorzeczny”.

Bo nie podoba mi się jej rozdęcie do rangi jedynej odmiany miłości, która warta jest przeżywania i uwieczniania przez sztukę. Jest to pewien nonsens. To tak, jakby skoncentrować się w opisie życia człowieka wyłącznie na czternastym roku życia. Przecież to tylko jeden rok, więc dlaczego akurat na nim się skupiać?

To z jakiego powodu to robimy?

Może za sprawą intensywności przeżywania miłości romantycznej, która w dużym stopniu bierze się z tego, że miotają nami hormony. Niewiele wówczas rozumiemy, co się w nas i dookoła dzieje. Czujemy się jak ta szybująca w powietrzu krowa, która ni stąd, ni zowąd zaczęła latać.

Czyli lubujemy się w wychwalaniu krótkotrwałego stanu upojenia hormonalnego.

Otóż to. I wydaje mi się to dziwactwem naszej kultury – taka jednostronna koncentracja na czymś niezwykle ulotnym. Irytuje mnie utożsamianie tej postaci, czy też fazy, uczucia do drugiego człowieka z miłością w ogóle. Nasza kultura nie dostarcza żadnych wzorców kochania się w inny sposób. Tymczasem ten inny sposób trwa wielokrotnie dłużej. Nie chcę potępiać w czambuł miłości romantycznej, tylko zwrócić uwagę, że jej kult jako jedynej jest dość dziwaczny.

Bylibyśmy szczęśliwsi, gdybyśmy jej tak nie wychwalali?

Promocja jednej tylko formy miłości ma taki skutek, że ludzie nie bardzo wiedzą, jak można kochać drugiego człowieka w inny sposób. Gdy już romantyczne uniesienie dobiegnie końca, co jest przecież nieuchronne jak amen w pacierzu, czujemy się zawiedzeni, sfrustrowani, obwiniamy siebie, a jeszcze częściej partnera, że nie nadaje się do związku i nie potrafi kochać. To zupełnie niepotrzebne. Oczywiście, miło jest wiązać się z drugim człowiekiem z przekonaniem, że romantyczne uniesienia będą trwać zawsze. Jednak uświadomienie sobie, że prędzej czy później się skończą, jest na pewno znacznie rozsądniejsze. (…)”


całość jest do przeczytania tutaj:

www.polityka.pl/tygodnikpolityka/nauka/245405,1,milosc-ci-wszystko-wypaczy.read


 GABINET PSYCHOTERAPII W GDAŃSKUPSYCHOLOG GDAŃSK

Wywiady: „Zazdrość niszczy. Jak sobie z nią radzić?”

Na łamach „Wysokich Obcasów” (weekendowy dodatek do „Gazety Wyborczej”) pojawił się wywiad z psychologiem, Zofią Milską-Wrzosińską. Agnieszka Jucewicz zadaje pytania dotyczące zazdrości:

Psychoterapia Psychodynamiczna GdańskZazdrość – co to za uczucie?

Znane nie tylko ludziom. Kiedyś robiono takie badania na szympansach: miały przenosić kamyki z jednego miejsca w drugie. Jak przeniosły, dostawały w nagrodę plasterek ogórka. Po pewnym czasie eksperymentator zaczął dawać jednej z małp winogrono, które jest dla małp smaczniejsze. Ta, która nadal dostawała ogórek, najpierw zastrajkowała, czyli przestała przenosić kamyk, a potem obrażona odwróciła się plecami do eksperymentatora i odmówiła współdziałania. Wcześniej była gotowa nawet pracować na tej diecie ogórkowej, ale przecież nie, jeśli koleżanka dostała podwyżkę.

To u małp. A u ludzi?

Zacznijmy od psychologii ewolucyjnej, która zajmuje się pierwotnymi mechanizmami funkcjonowania w nawiązaniu do teorii Darwina. Wedle takiego myślenia zazdrość to przede wszystkim rywalizacja o sukces reprodukcyjny.

Zazdrościmy innym tego, że mają więcej dzieci?!

Nie tyle chodzi o dzieci, ile o atrybuty, które zwiększają prawdopodobieństwo przekazania naszych genów, czyli zdobycie odpowiedniego partnera (zdrowego, płodnego, zapewniającego przetrwanie) i zbudowanie gniazda zwiększającego potencjał naszych dzieci. Ci, którzy mają urodę, siłę czy inne przymioty, mają na to większe szanse, a ich dzieci będą silniejsze, lepsze, mądrzejsze, więc będzie im łatwiej przetrwać i się mnożyć. Według czołowego psychologa ewolucyjnego Davida Bussa największą szansę na przekazanie swoich genów mają zazdrośni i agresywni mężczyźni oraz również zazdrosne, ale dodatkowo czułe i przebiegłe kobiety.

Kiedy mężczyzna zazdrości koledze awansu, to na poziomie świadomym wydaje mu się, że chodzi o pozycję czy większe pieniądze. Ale psycholodzy ewolucyjni podkreślają, że władza i pieniądze nie są celem samym w sobie. Na nieświadomym poziomie znaczenie ma potencjał prokreacyjny – kolega będzie miał teraz większe powodzenie u kobiet, będzie mógł wybierać te piękniejsze, zdrowsze, bardziej płodne i skutecznie się rozmnażać. A jeśli już ma dzieci, będzie mógł zapewnić im lepsze warunki, tak by przeżyły i miały w przyszłości jak największe szanse na ewolucyjnym rynku. Czyli ta zazdrość ma funkcję przystosowawczą, bo może go zmotywować do walki o poprawę swojej pozycji.

To jest jedna perspektywa – psychologii ewolucyjnej. Są inne?

Są inne ujęcia rozumienia zazdrości, może bardziej zbliżone do codziennych sytuacji i potocznego myślenia. Zazdrość możemy rozumieć na przykład w kategoriach struktury ”ja”. (…)”


cały tekst jest dostępny na stronie internetowej „Wysokich Obcasów”:

www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53664,12618294,Zazdrosc_niszczy__Jak_sobie_z_nia_radzic_.html


TERAPIA W GDAŃSKUPSYCHOTERAPIA PSYCHODYNAMICZNA GDAŃSK

Wywiady: „Gdzie ci mężczyźni?”

Z prof. Philipem Zimbardo, wybitnym amerykańskim psychologiem rozmawia Marek Rybarczyk. Rozmowa ukazała się na łamach tygodnika „Newsweek”:

Psychoterapia Psychodynamiczna GdańskNewsweek: Faceci w Polsce dużo mówią o równouprawnieniu. Mało robią. Gdzie się podziali nowocześni mężczyźni?

Prof. Zimbardo: Niepokoję się o to co dzieje się z młodymi mężczyznami – w Ameryce, w wielu krajach Azji, także w Polsce. Na naszych oczach zaszła zła zmiana w młodym pokoleniu mężczyzn. Dlaczego chłopcy na całym świecie uczą się gorzej od rówieśnic, nie potrafią się z nimi dogadywać się i dlaczego potem nie mają udanego życia seksualnego z kobietami?

Newsweek: Na ile to wrażenie, na ile fakty?

Prof. Zimbardo: Zrobiliśmy wielki sondaż internetowy. 20 tysięcy młodych osób – w trzech czwartych większości chłopców i młodych mężczyzn. Powtarzało się u nich wyznanie: „Jestem zagubiony w życiu, gdzieś dryfuję”.

Newsweek: Młode kobiety się nie gubiły?

Prof. Zimbardo: Nie. Miały cele życiowe, były w większości pewne siebie. Większość z nich radzi sobie lepiej niż ich matki. Większość mężczyzn gorzej niż ich ojcowie. Co ciekawe wielu młodych mężczyzn nie chce w ogóle pracować. Mają dziwne poczucie, że wszystko im się należy od żony niezależnie od ich własnego wysiłku. Być mężczyzną oznacza często przekonanie: nie dostaję wciąż tyle, na ile zasługuję.

Newsweek: Tak jak mały chłopak wymaga coraz więcej od matki.

Prof. Zimbardo: Dokładnie, poza seksem. Myślą, że tak to funkcjonuje, że tak ma być. To ty kobieto – żono, partnerko – masz się o mnie troszczyć. Nawet jeśli pracujesz etatowo. Ja nie muszę nic robić albo prawie nic.

Newsweek: Czyli co? Wróciliśmy do lat 50. XX wieku?

Prof. Zimbardo: Kobietom żyje się wręcz gorzej. Stary system funkcjonował tak, że były gospodyniami, nie pracowały. Moja matka prała i prasowała trzydzieści koszul, dla mojego ojca, dla mnie i dwóch braci. Teraz gdy kobiety pracują nie można wymagać od nich, by były dodatkowo gospodyniami na cały etat! Problem w tym, że większość mężczyzn nie chce prawie wcale dzielić obowiązków domowych z partnerkami.

Newsweek: Myśli Pan, że tak samo jest w Los Angeles i w Warszawie?

Prof. Zimbardo: Nie różni się to specjalnie. Przyjeżdżam do Polski regularnie od ponad 20 lat, czytam badania i rozmawiam z ludźmi, moja żona jest Polką z pochodzenia. W mojej książce „Gdzie ci mężczyźni?” wypowiada się wiele kobiet. Są takie, które mieszkają z nie mającym pracy ani nie studiującym chłopakiem albo mężem. Narzekają, że mężczyźni czekają aż wrócą z pracy i robią im wymówki, że nie zabierają się do prac domowych.

Newsweek: Czy to nie zaczyna się wtedy, kiedy trzydziestoletni „chłopczyk” wciąż mieszka z mamą?

Prof. Zimbardo: To model włoski. Włosi, a jestem Sycylijczykiem z pochodzenia, lubią mówić: „Każdy syn jest zemstą jego matki na mężu”. We Włoszech nie do pomyślenia jest, by nie jeść w niedzielę obiadku u mamy. Ten układ upowszechnia na całym świecie. Partnerzy oczekują, że ich partnerki będą mamusiami. A żona to nie matka. To przyjaciel i kumpel na całe życie lub jego część. To nie jest osoba, która ma być nową matką. (…)”


całość jest dostępna tutaj:

www.nauka.newsweek.pl/leniwi-mezczyzni-i-zaradne-kobiety-wywiad-prof-zimbardo-newsweek-pl,artykuly,345565,1.html


PSYCHOTERAPIA PSYCHODYNAMICZNA GDAŃSK PSYCHOLOG W GDAŃSKU

Wywiady: „Kłótnia dobra i zła.”

Na stronie internetowej tygodnika „Wysokie Obcasy” pojawił się ciekawy wywiad z psychiatrą, psychoterapeutą, prof. Bogdanem de Barbaro. Ze specjalistą rozmawia Agnieszka Jucewicz:

Psychoterapia Psychodynamiczna GdańskSą pary, które w ogóle się nie kłócą?

Może są, ale ja takich nie znam. Mogą twierdzić, że są ludźmi łagodnymi, ale każdy ma w sobie taką energię, która nazywa się złość, gniew, i ja jako terapeuta byłbym ciekaw, gdzie oni tę energię schowali.

Gdzie mogli ją schować?

Może ją tłumią i to im nie przeszkadza? My przecież mnóstwo rzeczy tłumimy – agresję, traumy z wczesnego dzieciństwa, lęki. W kłótni jednak zawiera się taka myśl: „Zależy mi na tobie, chcę ciebie, ale innego”.

Kłótnia jest lepsza niż obojętność?

Jest w niej życie, a kiedy ludzie milczą, to może znaczyć, że ich związek gaśnie.

Te pierwsze kłótnie w związku czego zwykle dotyczą?

Do kryzysu często dochodzi w momencie zmiany fazy życia. I przejście z tego stanu – nazwijmy to umownie – narzeczeństwa do małżeństwa niewątpliwie taką zmianą jest. Na idealnym obrazie pokazują się rysy. W fazie zakochania pary rzadko muszą się dzisiaj zajmować takimi przyziemnymi sprawami, jak wspólne obowiązki, dom, utrzymanie tego domu, co na pewno sprzyja rozmaitym konfliktom. Na początku jest tylko przyjemność, potem zaczyna się to zmieniać.

I co się okazuje?

Że nie jesteśmy jedną duszą i ciałem, tylko jesteśmy różni. Często dochodzi wtedy do głosu problem uzależnienia emocjonalnego, czasem i ekonomicznego od rodziców. Pojawia się rodzaj lojalnościowego rozdarcia: Kim jestem? Bardziej mężem czy synem? Żoną czy córką?

To są kłótnie o to, „dlaczego ty co niedziela musisz jeździć do matki”?

Mogą być o to. Dlaczego ja, twoja żona albo twój mąż, jestem zawsze na drugim miejscu? Dlaczego do niej dzwonisz pięć razy dziennie, a mnie wyślesz zdawkowego SMS-a? Co prawda to napięcie między synową a teściową zostało strywializowane w dowcipach, ale one często odzwierciedlają ważną okoliczność z początków związku – brak separacji z własnymi rodzicami. Nie chodzi o to, żeby się od rodziców odwrócić, ale żeby stać się autonomicznym człowiekiem, który ma prawo do własnej sprawczości, a nie tkwić wciąż w skórze pięcioletniego Józia czy Kasi. Jeśli ktoś się z tym nie uporał, to będą się mu mieszały postaci matki i żony czy też ojca i męża.

Jaka jest konsekwencja tego mieszania się?

Na przykład taka, że jeśli żona nie będzie mi prała koszul i serwowała co wieczór kolacji tak jak moja mamusia, to pomyślę, że ona widocznie mnie nie kocha. Z kolei żona być może była wychowana w takiej rodzinie, w której wspólnie przygotowywało się posiłki albo robił je ten, kto miał czas, a koszule ojciec prasował sobie sam. Ona po prostu pochodzi z innej kultury. (…)”


całość jest do przeczytania tutaj:

www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,96856,17037241,Klotnia_dobra_i_zla___Zalezy_mi_na_tobie__chce_ciebie_.html


PSYCHOLOG W GDAŃSKUPSYCHOTERAPIA PSYCHODYNAMICZNA GDAŃSK

Wywiady: „Wzór miłości przenoszony z pokolenia na pokolenie.”

Na portalu internetowym „Kobieta.pl” pojawił się wywiad z psychoterapeutą, Beatą Kosior. Rozmowa jest o stylach przywiązania oraz schematach funkcjonowania w relacjach z najbliższymi:

Psychoterapia Psychodynamiczna Gdańsk„Zgodnie ze stworzoną przez psychologów teorią więzi już we wczesnym dzieciństwie kształtuje się nie tylko nasz charakter, ale także wzór relacji partnerskich. Z badań wynika, że aż 7 na 10 osób powiela w dorosłym życiu schemat związku wyuczonego od kołyski. Czy to oznacza, że jesteśmy skazani na taki związek, jakiego „uczyliśmy się” od dziecka, np. poprzez obserwowanie rodziców i związku, który oni zbudowali?

Beata Kosior: To pewne uproszczenie, chociaż rzeczywiście w tej teorii jest wiele prawdy. Psycholog nigdy nie powie, że ktoś jest ostatecznie skazany na konkretny los, ale – jak w tym wypadku – możemy mówić o prawdopodobieństwie. I to dużym. Z jednej strony na nasze życie oddziałuje skomplikowany schemat, z drugiej ten schemat jest… prosty. Można by to porównać do piosenek – najbardziej lubimy te, które już kiedyś słyszeliśmy. Niezależnie od tego, czy wzorce wyniesione z domu są dobre, zdrowe, czy nam się podobają, podświadomie je przejmujemy, ponieważ rytm „wpadł” nam w ucho i cały czas go nucimy.

Właśnie dlatego – budując związek – powtarzamy to, co jest nam znane z domu rodzinnego?

Beata Kosior: Nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak w budowaniu późniejszych związków ważne są pierwsze miesiące, lata naszego życia, zwłaszcza istotna jest więź dziecka z matką. Od tego wszystko się zaczyna. Jeżeli nie mamy do czynienia z patologią albo z tzw. depresją poporodową – o nich teraz nie rozmawiamy — zazwyczaj te relacje na początku układają się prawidłowo. Matka od samego początku wyczulona jest na każdy sygnał dziecka – tu na naszą korzyść działa chociażby natura, biologia, instynkt. Potem sprawa może się komplikować. Źle dzieje się, kiedy dziecko, które już co nieco rozumie, a z pewnością rejestruje emocje, ma rodziców nadmiernie skupiających się na sobie samych albo na partnerze, zapominających o emocjonalnych potrzebach dziecka. I niezależnie od tego, czy to skupienie polega na kłótniach, nieporozumieniach, czy na miłości i zrozumieniu. W psychologii istnieje pojęcie „styl przywiązania” – to właśnie on warunkuje rodzaj relacji, jaką w dorosłym życiu będziemy budowali z naszym partnerem. Jeśli dziecko wychowuje się w domu, gdzie rodzice się wciąż kłócą, wykształca się w nim tzw. lękowo- ambiwalentny styl przywiązania. Dziecko nie zwraca się z niczym do rodziców i wycofuje się, próbuje radzić sobie samo, ponieważ podświadomie czuje, że nie może liczyć na pomoc zajętych sobą – w jakikolwiek sposób – rodziców. Ta najważniejsza więź, na której podstawie zbuduje w dorosłości związek, jest zaburzona.

I to sprawia, że w przyszłości poszukujemy partnera, z którym będziemy mogli tworzyć związek na takich samych zasadach, na jakich budowali więź z nami rodzice?

Beata Kosior: Nikt z nas na samym początku nie wie przecież, co znaczy bezpieczeństwo, jak wyglądają bezpieczny świat, bezpieczna relacja. Kiedy mamy do czynienia z nieprzewidywalnymi rodzicami, nie mamy szans nauczyć się normalnej, ufnej więzi. Będziemy się szamotać, będziemy czuli się odrzuceni. Takich emocji nauczymy się już na całe życie. Z takim bagażem pójdziemy w świat. (…)”


cała rozmowa jest do przeczytania na stronie internetowej:

www.kobieta.pl/uczucia-i-seks/seks-i-zwiazki/zobacz/artykul/wzor-milosci-przenoszony-z-pokolenia-na-pokolenie


PSYCHOTERAPIA PSYCHODYNAMICZNA GDAŃSKTERAPIA W GDAŃSKU

Wywiady: „Choroby psychiczne. Wszyscy jesteśmy nienormalni.”

Na łamach magazynu Gazety Wyborczej „Nauka dla Każdego” ukazał się wywiad z psychiatrą, dr Adamem Wichniakiem. Rozmowę prowadzi Margit Kossobudzka:

Psychoterapia Psychodynamiczna Gdańsk„Margit Kossobudzka: Podobno każdy z nas jest w jakiś sposób nienormalny. To prawda?

Dr Adam Wichniak*: Psychiatrzy nie posługują się takimi określeniami jak „normalność” albo „nienormalny”. Nawet w rozmowach prywatnych unikamy takich określeń. Możemy mówić, że ktoś jest chory psychicznie albo zdrowy psychicznie. Tylko do takiej oceny jesteśmy uprawnieni.

Jak zatem się ustala, co jest normą, a co już nią nie jest? Czy to, co było nią sto lat temu, jest i dziś?

– To wbrew pozorom dość proste. Jeżeli ktoś by mnie zapytał, co to jest choroba psychiczna, to definicja jest następująca: choroba psychiczna lub zaburzenie psychiczne są to schorzenia, które jestem w stanie rozpoznać na podstawie aktualnego stanu wiedzy w psychiatrii. A ten aktualny stan wiedzy oddaje klasyfikacja chorób i zaburzeń psychicznych. Jeżeli ktoś te kryteria spełnia, to jesteśmy uprawnieni do tego, żeby taką chorobę czy zaburzenie rozpoznać.

A co to w takim razie jest zdrowie psychiczne?

– Tu zadanie jest dużo trudniejsze. Mógłbym powiedzieć, że zdrowie psychiczne jest wtedy, kiedy nie stwierdzam chorób i zaburzeń psychicznych. I tak najczęściej psychiatrzy piszą w swoich orzeczeniach. Kiedy ktoś chce uzyskać np. pozwolenie na broń, to wpisuję, że stwierdzam zaburzenia i choroby psychiczne albo że ich nie stwierdzam.

Ale sam brak chorób i zaburzeń psychicznych to moim zdaniem zbyt mało, żeby powiedzieć, iż ktoś jest w pełni zdrowy psychicznie.

Pełnia zdrowia psychicznego to nie tylko brak choroby, ale też dobre funkcjonowanie w życiu, dobre relacje społeczne, zawodowe, samorealizacja.

Kto określa normy?

– Są na świecie dwie najważniejsze klasyfikacje. Jedna to jest ICD-10, czyli Międzynarodowa Statystyczna Klasyfikacja Chorób i Problemów Zdrowotnych. Tam w rozdziale F mamy wymienione wszystkie choroby i zaburzenia psychiczne. Druga to podręcznik diagnostyczny i statystyczny DSM-5, czyli piąta już wersja tego podręcznika tworzona i wydawana przez Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne.

A czy psychiatria jest w ogóle dyscypliną naukową?

– Owszem, jest, bo w swojej pracy posługujemy się wiedzą, a ta wiedza jest zebrana między innymi w tych dwóch klasyfikacjach. I na tej podstawie rozpoznajemy (lub nie) choroby i zaburzenia psychiczne.

Czy w postawieniu diagnozy nie jest ważne, na ile dany objaw przeszkadza człowiekowi w życiu?

– Jak najbardziej. W amerykańskim podręczniku jest to jedno z najważniejszych kryteriów rozpoznawania choroby. Przede wszystkim są tam wymienione objawy. Jest ich z reguły cała grupa, która układa się w charakterystyczne zespoły.

Następnie – te objawy muszą trwać odpowiednio długo. Dla depresji to są przynajmniej dwa tygodnie.

W dalszej kolejności – bardzo ważna rzecz – stan chorego nie może być powodowany chorobami mózgu w sensie neurologicznym, czyli uszkodzeniem mózgu ani żadną chorobą somatyczną. Nie może być też spowodowany wpływem substancji psychoaktywnych.

Następne ważne kryterium, które szczególnie podkreślają Amerykanie, to istotny wpływ objawów na samopoczucie i funkcjonowanie danej osoby. Dopiero kiedy te wszystkie warunki są spełnione, psychiatra może rozpoznać chorobę lub zaburzenie psychiczne. (…)”


cały wywiad jest dostępny tutaj:

www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,147124,19515483,choroby-psychiczne-wszyscy-jestesmy-nienormalni.html


PSYCHOTERAPIA PSYCHODYNAMICZNA GDAŃSKTERAPIA W GDAŃSKU

Wywiady: „Wybaczenie to spokój.”

Violetta Szostak rozmawia z psychologiem, Ewą Woydyłło o wybaczaniu. Dobry, konkretny tekst:

Psychoterapia Psychodynamiczna GdańskCzy czas pomaga w wybaczaniu?

– Znam dwie siostry, które mieszkają po dwóch stronach Wisły w Warszawie. Na pogrzeb matki najpierw poszła jedna i dopiero jak się skończył, przyszła druga i zapłaciła księdzu, żeby jeszcze raz odprawił egzekwie nad grobem. A więc to wierzące osoby. Ale nie pomaga im, że powtarzają: „I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”.

O co im poszło?

– Nieważne. Jedna, zdaje się, uwiodła drugiej narzeczonego. Miały pewnie po 20 lat, teraz mają mężów i dzieci, poukładało im się. Ale zastygły w wiecznej urazie. I chyba nawet rodzina patrzy na to z uznaniem: „O, honorowe!”. U nas honor tak się rozumie: „Ja mu tego nie odpuszczę!”. O wybaczeniu, które powinno być codzienną normą współżycia, nie mamy pojęcia. Lubimy zapiekłość, ona, zdaje się, nam mentalnie pasuje. I tak żyjemy, z zaciśniętymi piąstkami.

Ale dlaczego mam wybaczyć siostrze, która mnie zdradziła?

– Możesz nie wybaczać. Możesz z tym żyć. Tyle że to winowajcy wcale nie musi dotknąć, on może się mieć całkiem nieźle. To tobie będzie źle, bo uraza tkwi w tobie. Zużywa twoją energię, nerwy, sen i nie starczy ci życia na to, żeby coś pozytywnego realizować.

Pracowałam 26 lat w Instytucie Psychiatrii i napatrzyłam się na ludzi, którzy żyli urazą. Pamiętam kobietę, którą spotykałam w korytarzu na oddziale depresji. Gdy zapytałam o nią kolegę psychiatrę, opowiedział: „Jej narzeczony nie przyszedł na ślub, a ona już była w welonie w kościele. I nigdy tego nie wybaczyła”. Miała już z 50 lat, za sobą próby samobójcze, wieloletnie leczenie farmakologiczne. Zupełnie odrzuciła możliwość akceptacji. Bo wybaczenie to jest akceptacja – tak je rozumiem. Zgoda na to, czego nie mogę zmienić.

Jak mam się z tym pogodzić? Narzeczony nie przychodzi na ślub! Jak o tym zapomnieć?

– Tu nie chodzi o zapominanie! Nie zapomnisz. Ale między zapomnieć a rozpamiętywać albo – staropolskie słowo – zapamiętać się jest różnica. Możesz krzywdy nie zapomnieć, ale nie rozpamiętuj. (…)”


cały wywiad dostępny jest na stronie internetowej „Wysokich Obcasów”:

www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53664,18900454,wybaczenie-to-spokoj.html


PSYCHOTERAPIA PSYCHODYNAMICZNA GDAŃSKTERAPIA W GDAŃSKU