Portale internetowe: „Co sprawia, że jesteśmy szczęśliwi?”

Na portalu internetowym „Dobre Wiadomości” (medium firmuje się jako „serwis pozytywnych informacji”) ukazała się kolejna dobra wiadomość: przedstawiono wyniki trwającego ponad 75 lat badania na temat tego, co sprawia, że ludzie czują się szczęśliwi. Oto one:

Psychoterapia Gdańsk„75 lat trwały badania, prowadzone przez kolejne pokolenia naukowców z Harvarda, na temat tego, co sprawia, że ludzie czują się szczęśliwi. Wyniki przedstawił, w wystąpieniu dla Ted, kierownik tego projektu Robert Waldinger.

Oto treść całej wypowiedzi:

Co sprawia, że czujemy się zdrowi i szczęśliwi idąc przez życie? Gdybyś miał teraz zainwestować w najlepszą wersję siebie w przyszłości, w co włożyłbyś swój czas i energię? Niedawno przeprowadzono badanie wśród członków tak zwanego „Pokolenia Milenium”, pytając, jakie są ich najważniejsze cele życiowe, ponad 80 procent odpowiedziało, że najważniejsze są dla nich pieniądze. 50 procent z nich uznało również, że kolejnym ważnym celem jest sława.

Ciągle wmawia się nam, że musimy się skupić na pracy, dawać z siebie więcej aby więcej osiągnąć. Ulegamy wrażeniu, że to są cele, do których musimy dążyć, aby mieć dobre życie. Spojrzenie całościowe, na wszystkie podjęte decyzje i to jak wpłynęły one na nasze życie, wydaje się być niemożliwe. Większość tego, co wiemy o życiu, pochodzi z zadawania ludziom pytań o przeszłość, a jak wiadomo, umysł interpretuje ją w różny sposób. Zapominamy większość z tego, co działo się w naszym życiu, a czasami nasza pamięć puszcza wodze fantazji.

A co jeśli moglibyśmy obejrzeć, jak przez lata toczyło się czyjeś życie? Co jeśli moglibyśmy badać je od czasów młodzieńczych do starości i zobaczyć, co tak naprawdę czyni ludzi zdrowymi i szczęśliwymi?

Zrobiliśmy to. The Harvard Study of Adult Development to prawdopodobnie najdłuższe badanie życia dorosłych ludzi jakie zostało wykonane. Przez 75 lat śledziliśmy losy 724 mężczyzn, rok po roku pytając ich o pracę i rodzinę – nie wiedząc oczywiście, jak dalej potoczy się ich życie.

Badania takie jak te są niezwykle rzadkie. Niemal wszystkie podobne projekty kończyły się w ciągu pierwszych 10 lat, ponieważ zbyt wielu ludzi z nich rezygnowało, kończyło się finansowanie, badacze zaczęli zajmować się czymś innym lub umierali i nie miał ich kto zastąpić. Jednak ten projekt przetrwał, dzięki szczęściu i uporowi kilku pokoleń badaczy. Około 60 z 724 osób biorących w nim udział wciąż żyje, większość ma ponad 90 lat. A teraz zaczynamy badać ponad 2000 dzieci tych ludzi. Ja jestem już czwartym kierownikiem tych badań.

Od 1938 roku śledziliśmy losy dwóch grup. Pierwsza składała się z mężczyzn studiujących na drugim roku na Uniwersytecie Harvarda. Wszyscy ukończyli go w trakcie II wojny światowej i większość z nich poszła służyć w wojsku. Drugą grupę stanowili chłopcy z najbiedniejszych dzielnic Bostonu, specjalnie wybrani z rodzin, którym się nie wiodło. Większość żyła w kamienicach, wielu bez dostępu do bieżącej wody.

Kiedy zaczynaliśmy ten projekt, rozmawialiśmy z każdym z tych nastolatków. Przebadaliśmy ich pod kątem zdrowotnym. Odwiedziliśmy ich domy i rozmawialiśmy z ich rodzicami. Ci chłopcy z biegiem czasu stali się z mężczyznami, których życia potoczyły się różnie. Zostali pracownikami fabryk, adwokatami, murarzami, lekarzami, jeden z nich został prezydentem Stanów Zjednoczonych. Niektórzy popadli w alkoholizm. U kilku objawiła się schizofrenia. Część pięła się po drabince kariery na sam szczyt, innych czekała w przeciwnym kierunku.

Inicjatorzy tych badań w najśmielszych oczekiwaniach nie przypuszczali, że 75 lat później będę stał tutaj przed wami i opowiadał, że te badania wciąż są kontynuowane. Co dwa lata nasi cierpliwi i oddani ludzie dzwonią do tych mężczyzn i pytają, czy mogą jeszcze raz wypytać ich o sprawy związane z ich życiem.

Wielu z tych, którzy wychowywali się w biedzie, pyta: „Czemu ciągle chcecie mnie badać? Moje życie nie jest zbyt interesujące”. Ci po Harvardzie nigdy nie pytają. (…)”


całość można przeczytać na portalu internetowym:

www.dobrewiadomosci.net.pl/9660-co-sprawia-ze-jestesmy-szczesliwy-oto-wynik-badania-trwajacego-75-lat


 GABINET PSYCHOTERAPII W GDAŃSKUPSYCHOTERAPIA GDAŃSK

Wpisy na blogach: „Do tego wieku wyrobisz w dziecku dobre nawyki – potem jest to bardzo trudne!”

Na blogu parentingowym „Mamadu” pojawił się ciekawy tekst – poradnik dotyczący wychowywania dzieci oraz angażowania ich w obowiązki domowe.

Gabinet Psychoterapii w Gdańsku„Czy pamiętacie, kiedy nauczyliście się wycierać buty przed wejściem do domu? Od kiedy wiecie, że rano i wieczorem należy myć zęby albo że po posiłku trzeba posprzątać na stole? Prawdopodobnie nie pamiętacie, bo rodzice uczyli was tego już od wczesnego dzieciństwa. Badania pokazują, że dobre nawyki i zwyczaje dotyczące obowiązków i prac domowych najłatwiej jest wyrobić u dzieci przed ukończeniem dziewiątego roku życia. Potem może okazać się to o wiele trudniejsze i mniej efektywne.

Czym skorupka za młodu nasiąknie…

Jeśli wprowadzisz swoje dziecko w obowiązki domowe i powierzysz mu zadania już od wczesnego dzieciństwa, to prawdopodobieństwo, że dobre nawyki zostaną zakorzenione w nim na stałe, jest bardzo wysokie. Badania pokazują, że wprowadzone i utrzymywane do dziewiątego roku życia zwyczaje są łatwiejsze do kontynuowania w późniejszych latach. Nie ma co liczyć na to, że dziecko samo kiedyś się nauczy, kiedyś będzie robiło, weźmie się pracy później – bez wymagań ze strony rodziców i ich działania w tym zakresie będzie to o wiele trudniejsze.

Badacze z Brown University przebadali blisko 50 tysięcy rodzin, by zobaczyć, dlaczego niektórzy rodzice wymagają od swoich dzieci, nakładają na nich obowiązki i odpowiedzialność, a inni są mniej zasadniczy i wstrzymują się od takich działań. Najczęściej podawanym powodem braku wymagań była obawa przed niepoprawnym wykonaniem zadania przez dziecko oraz opinia rodziców o tym, że coś niewarte jest wysiłku.

Niepowodzenie? Nauka!

Choć obserwowanie zmagań malucha z jakimś zadaniem może być dla rodziców trudne, a przypominanie o obowiązkach i upominanie dziecka niekomfortowe, to warto stawiać przed dziećmi wymagania i powierzać im zadania. Nie można też niepowodzeń i błędów traktować jako porażkę dziecka – to dla niego cenna nauka. Rodzic, który tłumaczy brak wymagań zdaniem „nie chce patrzeć, jak coś mu się nie udaje” może równie dobrze powiedzieć „nie chcę patrzeć, jak moje dziecko się uczy”. (…)”


cały tekst jest dostępny na blogu:

www.agaidzieciaki.mamadu.pl/124497,do-tego-wieku-wyrobisz-w-dziecku-dobre-nawyki-potem-jest-to-bardzo-trudne


PSYCHOTERAPIA GDAŃSKGABINET PSYCHOTERAPII W GDAŃSKU

Wywiady: „Miłość ci wszystko wypaczy.”

Ciekawy i nieco kontrowersyjny wywiad o miłości z perspektywy psychologii społecznej. Z profesorem Bogdanem Wojciszke rozmawia Marcin Rotkiewicz, redaktor tygodnika „Polityka”. Warto przeczytać!

Gabinet Psychoterapii w GdańskuMarcin Rotkiewicz: – Czytając pańską książkę „Psychologia miłości” miałem wrażenie, że jednym z głównych jej celów jest radykalne rozprawienie się z fatalnym, pana zdaniem, mitem miłości romantycznej.

Bogdan Wojciszke: – Wcale nie twierdzę, że miłość romantyczna jest fatalna.

Ale pisze pan: „Kult miłości romantycznej jest w naszej kulturze równie rozpowszechniony co niedorzeczny”.

Bo nie podoba mi się jej rozdęcie do rangi jedynej odmiany miłości, która warta jest przeżywania i uwieczniania przez sztukę. Jest to pewien nonsens. To tak, jakby skoncentrować się w opisie życia człowieka wyłącznie na czternastym roku życia. Przecież to tylko jeden rok, więc dlaczego akurat na nim się skupiać?

To z jakiego powodu to robimy?

Może za sprawą intensywności przeżywania miłości romantycznej, która w dużym stopniu bierze się z tego, że miotają nami hormony. Niewiele wówczas rozumiemy, co się w nas i dookoła dzieje. Czujemy się jak ta szybująca w powietrzu krowa, która ni stąd, ni zowąd zaczęła latać.

Czyli lubujemy się w wychwalaniu krótkotrwałego stanu upojenia hormonalnego.

Otóż to. I wydaje mi się to dziwactwem naszej kultury – taka jednostronna koncentracja na czymś niezwykle ulotnym. Irytuje mnie utożsamianie tej postaci, czy też fazy, uczucia do drugiego człowieka z miłością w ogóle. Nasza kultura nie dostarcza żadnych wzorców kochania się w inny sposób. Tymczasem ten inny sposób trwa wielokrotnie dłużej. Nie chcę potępiać w czambuł miłości romantycznej, tylko zwrócić uwagę, że jej kult jako jedynej jest dość dziwaczny.

Bylibyśmy szczęśliwsi, gdybyśmy jej tak nie wychwalali?

Promocja jednej tylko formy miłości ma taki skutek, że ludzie nie bardzo wiedzą, jak można kochać drugiego człowieka w inny sposób. Gdy już romantyczne uniesienie dobiegnie końca, co jest przecież nieuchronne jak amen w pacierzu, czujemy się zawiedzeni, sfrustrowani, obwiniamy siebie, a jeszcze częściej partnera, że nie nadaje się do związku i nie potrafi kochać. To zupełnie niepotrzebne. Oczywiście, miło jest wiązać się z drugim człowiekiem z przekonaniem, że romantyczne uniesienia będą trwać zawsze. Jednak uświadomienie sobie, że prędzej czy później się skończą, jest na pewno znacznie rozsądniejsze. (…)”


całość jest do przeczytania tutaj:

www.polityka.pl/tygodnikpolityka/nauka/245405,1,milosc-ci-wszystko-wypaczy.read


 GABINET PSYCHOTERAPII W GDAŃSKUPSYCHOLOG GDAŃSK

Portale internetowe: „Przez telefon jesteśmy dla siebie najbardziej atrakcyjni.”

Dużo ciekawych wniosków z badań psychologicznych na temat budowania relacji w dzisiejszych czasach błyskawicznie rozwijającej się technologii:

Psychoterapia Psychodynamiczna Gdańsk„Sms-y, czat na Facebooku, Skype, emaile – mamy do dyspozycji tysiące sposobów komunikowania się poza tymi tradycyjnymi. Które z nich najbardziej służą rozkwitowi związków? Naukowcy zbadali temat.

Jaki sposób kontaktowania się za pomocą nowych technologii wybrać, by poziom zadowolenia z relacji był wysoki? Najnowsze badania wskazują, że rozmowy telefoniczne lub sms-owanie. Dlaczego? Bo tymi kanałami nie docierają do nas informacje niewerbalne i wydajemy się sobie atrakcyjniejsi niż w rzeczywistości.

Najlepsza wersja twojego partnera: przez sms-y „chodzący ideał”

Rozmowa przez telefon czy kontakt sms-owy nie dostarcza nam informacji płynących z mimiki i mowy ciała, tak jak np. wideorozmowy. Jak twierdzą badacze, brak niewerbalnych komunikatów prowadzi do idealizacji partnera. Nie widzimy, jaki ktoś jest, jak reaguje, więc dużo możemy sobie „dopowiedzieć”. Innymi słowy, tworzymy sobie „wyobrażenie” danej osoby oparte na swoich pragnieniach i nie mamy możliwości go zweryfikować.

Sms-owanie i dzwonienie według badaczy uwidaczniają najlepsze cechy partnera. Poza tym np. w wiadomościach tekstowych w końcu łatwiej o wysublimowane poczucie humoru, a już zwykłe „jak dzień?” czy „dzień dobry” można zinterpretować jako przejaw troski i uważności.

„Związki naprawdę szczęśliwe to te, w których partnerzy nie widzą się całkowicie realistycznie. Ich percepcja siebie nawzajem jest nieco zniekształcona” – twierdzi współautorka badania Catalina Toma, w „Tech Insider”. „Osoby z tych par myślą, że ich partnerzy są wyjątkowi, lepsi niż inni. To czyni ich zadowolonymi ze związku” – dodaje.

Zdecydowana większość par wykorzystuje do komunikacji sms-y i rozmowy telefoniczne (odpowiednio 98 proc. i 84 proc.). Znaczna część deklarowała, że używa do tego Facebooka, różnych komunikatorów. Badani przyznawali, że spędzają średnio godzinę dziennie na takie formy komunikacji z partnerem.

Gra pozorów młodych zakochanych?

Badanie przeprowadzono na ponad 200 heteroseksualnych studentach, którzy żyją w tym samym mieście co partner. Uczestnicy badania deklarowali używanie dziennie średnio 3 różnych sposobów komunikowania za pomocą nowych technologii jako uzupełnienie zwykłych kontaktów twarzą w twarz.

Istotne jest, że w badaniu brały udział jedynie młode osoby, przez co wyniki mogą być typowe zwłaszcza dla tej grupy osób i charakterystyki zawieranych przez nie związków. Formy komunikacji za pomocą nowych technologii bardziej niż bezpośredni kontakt mogą sprzyjać grze pozorów charakterystycznych dla początkowej fazy relacji, kiedy jeszcze nie pokazujemy siebie takimi, jakimi naprawdę jesteśmy i nie postrzegamy partnera realistycznie. (…)”


cały artykuł jest dostępny na portalu internetowym „Gazeta.pl”:

www.zdrowie.gazeta.pl/Zdrowie/7,105806,19588316,nowe-technologie-a-zwiazki-ndash-ktore-sposoby-komunikowania.html


 PSYCHOLOG W GDAŃSKUPSYCHOTERAPIA PSYCHODYNAMICZNA GDAŃSK

Portale internetowe: „Jest związek pomiędzy mediami społecznościowymi i zaburzeniami snu.”

Na portalu internetowym „Nauka w Polsce” pojawił się ciekawy tekst dotyczący badań psychologicznych nad związkiem zaburzeń snu i korzystaniem z mediów społecznościowych:

Psychoterapia Psychodynamiczna Gdańsk„Młodzi ludzie, którzy często wchodzą na strony mediów społecznościowych i długo tam przebywają, częściej też cierpią na zaburzenia snu – ustalili naukowcy z University of Pittsburgh School of Medicine.

„Korzystanie z mediów społecznościowych może naprawdę wpływać na sen” – podkreśla główna autorka badania, Jessica C. Levenson z Wydziału Psychiatrii University of Pittsburgh Schools of the Health Sciences. Dodaje, że zależność tę zaobserwowano u młodych ludzi, będących pierwszym pokoleniem, które niemal dosłownie dorastało na tych mediach.

W 2014 r. dr Levenson i jej zespół przebadali 1788 Amerykanów mających od 19 do 32 lat. Z pomocą kwestionariuszy ocenili skalę korzystania z mediów społecznościowych. Opracowali też system pomiaru, pozwalający ocenić zaburzenia snu.

W kwestionariuszach pytano o korzystanie z 11 najbardziej popularnych stron: Facebook, YouTube, Twitter, Google Plus, Instagram, Snapchat, Reddit, Tumblr, Pinterest, Vine i LinkedIn. Uczestnicy poświęcali im średnio 61 minut dziennie, zaś poszczególne strony odwiedzali przeciętnie 30 razy w tygodniu.

Naukowcy ustalili też, że niemal 30 proc. badanych osób ma problemy ze snem. U osób, które w ciągu tygodnia stosunkowo najczęściej sprawdzały strony mediów społecznościowych, prawdopodobieństwo zaburzeń snu było trzy razy większe, niż u osób zaglądających tam najrzadziej.

U badanych, którzy przesiadywali na tych stronach najdłużej (w skali jednego dnia), ryzyko zaburzeń snu było dwa razy większe, niż u osób spędzających tam najmniej czasu. (…)”


całość jest dostępna na stronie internetowej:

www.naukawpolsce.pap.pl/aktualnosci/news,408199,jest-zwiazek-pomiedzy-mediami-spolecznosciowymi-i-zaburzeniami-snu.html


PSYCHOLOG W GDAŃSKUPSYCHOTERAPIA PSYCHODYNAMICZNA GDAŃSK

Wywiady: „Gdzie ci mężczyźni?”

Z prof. Philipem Zimbardo, wybitnym amerykańskim psychologiem rozmawia Marek Rybarczyk. Rozmowa ukazała się na łamach tygodnika „Newsweek”:

Psychoterapia Psychodynamiczna GdańskNewsweek: Faceci w Polsce dużo mówią o równouprawnieniu. Mało robią. Gdzie się podziali nowocześni mężczyźni?

Prof. Zimbardo: Niepokoję się o to co dzieje się z młodymi mężczyznami – w Ameryce, w wielu krajach Azji, także w Polsce. Na naszych oczach zaszła zła zmiana w młodym pokoleniu mężczyzn. Dlaczego chłopcy na całym świecie uczą się gorzej od rówieśnic, nie potrafią się z nimi dogadywać się i dlaczego potem nie mają udanego życia seksualnego z kobietami?

Newsweek: Na ile to wrażenie, na ile fakty?

Prof. Zimbardo: Zrobiliśmy wielki sondaż internetowy. 20 tysięcy młodych osób – w trzech czwartych większości chłopców i młodych mężczyzn. Powtarzało się u nich wyznanie: „Jestem zagubiony w życiu, gdzieś dryfuję”.

Newsweek: Młode kobiety się nie gubiły?

Prof. Zimbardo: Nie. Miały cele życiowe, były w większości pewne siebie. Większość z nich radzi sobie lepiej niż ich matki. Większość mężczyzn gorzej niż ich ojcowie. Co ciekawe wielu młodych mężczyzn nie chce w ogóle pracować. Mają dziwne poczucie, że wszystko im się należy od żony niezależnie od ich własnego wysiłku. Być mężczyzną oznacza często przekonanie: nie dostaję wciąż tyle, na ile zasługuję.

Newsweek: Tak jak mały chłopak wymaga coraz więcej od matki.

Prof. Zimbardo: Dokładnie, poza seksem. Myślą, że tak to funkcjonuje, że tak ma być. To ty kobieto – żono, partnerko – masz się o mnie troszczyć. Nawet jeśli pracujesz etatowo. Ja nie muszę nic robić albo prawie nic.

Newsweek: Czyli co? Wróciliśmy do lat 50. XX wieku?

Prof. Zimbardo: Kobietom żyje się wręcz gorzej. Stary system funkcjonował tak, że były gospodyniami, nie pracowały. Moja matka prała i prasowała trzydzieści koszul, dla mojego ojca, dla mnie i dwóch braci. Teraz gdy kobiety pracują nie można wymagać od nich, by były dodatkowo gospodyniami na cały etat! Problem w tym, że większość mężczyzn nie chce prawie wcale dzielić obowiązków domowych z partnerkami.

Newsweek: Myśli Pan, że tak samo jest w Los Angeles i w Warszawie?

Prof. Zimbardo: Nie różni się to specjalnie. Przyjeżdżam do Polski regularnie od ponad 20 lat, czytam badania i rozmawiam z ludźmi, moja żona jest Polką z pochodzenia. W mojej książce „Gdzie ci mężczyźni?” wypowiada się wiele kobiet. Są takie, które mieszkają z nie mającym pracy ani nie studiującym chłopakiem albo mężem. Narzekają, że mężczyźni czekają aż wrócą z pracy i robią im wymówki, że nie zabierają się do prac domowych.

Newsweek: Czy to nie zaczyna się wtedy, kiedy trzydziestoletni „chłopczyk” wciąż mieszka z mamą?

Prof. Zimbardo: To model włoski. Włosi, a jestem Sycylijczykiem z pochodzenia, lubią mówić: „Każdy syn jest zemstą jego matki na mężu”. We Włoszech nie do pomyślenia jest, by nie jeść w niedzielę obiadku u mamy. Ten układ upowszechnia na całym świecie. Partnerzy oczekują, że ich partnerki będą mamusiami. A żona to nie matka. To przyjaciel i kumpel na całe życie lub jego część. To nie jest osoba, która ma być nową matką. (…)”


całość jest dostępna tutaj:

www.nauka.newsweek.pl/leniwi-mezczyzni-i-zaradne-kobiety-wywiad-prof-zimbardo-newsweek-pl,artykuly,345565,1.html


PSYCHOTERAPIA PSYCHODYNAMICZNA GDAŃSK PSYCHOLOG W GDAŃSKU

Prasa: „Pochwała konformizmu.”

Na stronie internetowej miesięcznika psychologicznego „Charaktery” ukazał się artykuł dotyczący społecznego aspektu zagadnienia konformizmiu:

Psychoterapia Psychodynamiczna w Gdańsku„Nawet jeśli występujemy przeciwko podglądom czy działaniom jakiejś grupy, to zwykle czynimy to w imieniu innej grupy. Nie możemy uniknąć konformizmu. Konformizm daje nam poczucie bezpieczeństwa i pozwala funkcjonować.

Ludzie są zwierzętami stadnymi. Jesteśmy w stanie przeżyć jedynie w grupie, której działania są w jakiś sposób koordynowane. Kiedy jesteśmy sami, na przykład w nowym otoczeniu, wyłapujemy sygnały od innych i staramy się podporządkować tym, którzy nas otaczają. Presja jest ogromna – badania wykazały, że brak akceptacji społecznej uruchamia w mózgu obwody bezpieczeństwa pozwalające rozpoznać i zapamiętać zagrożenie. Chroni nas wówczas właśnie konformizm.

Nikt się nie sprzeciwił

Dr Noam Shpancer, wykładowca psychologii na Otterbein University uważa, że konformizmu nie da się uniknąć. Na swoich zajęciach robi pewną demonstrację. Prosi dwóch studentów o wyjście z sali. W tym czasie pozostałych instruuje, by unikali jakiegokolwiek kontaktu z tą dwójką i obiecuje za to dodatkowe punkty na kolejnym egzaminie. Wybraną dwójkę instruuje zaś, by robiła wszystko, by nawiązać kontakt z resztą grupy.

Po kilku minutach Shpancer kończy demonstrację i pyta dwójki wybranych studentów jak się czuli nie mogąc dołączyć do grupy. Odpowiedź zawsze brzmi podobnie: “To było okropne, upokarzające, czuliśmy odrzucenie”. Pozostałych pyta jak sądzą, czemu służyła demonstracja. Zazwyczaj studenci mówią, że miała pokazać jak to jest być outsiderem, wyrzutkiem.  – Ale jest dokładnie odwrotnie – mówi Shpancer. Celem było pokazanie jak łatwy, a wręcz automatyczny jest  konformizm. – Nikt z was nie sprzeciwił się mojej instrukcji – mówi wykładowca. – Ostatnie dziesięć minut spędziliście traktując niewinnych ludzi źle i żaden z was nie sprzeciwił się temu, nie powiedział „mam gdzieś punkty za egzamin, nie będę tak traktował ludzi bez powodu”.

Nieświadomy konformizm

Według Shpancera czasem nie jesteśmy nawet świadomi, że zachowujemy się konformistycznie. Wykorzystujemy wtedy dwa niezależne, choć powiązane ze sobą rodzaje wskazówek społecznych. U otaczających nas ludzi szukamy informacji na temat tego co się dzieje, a następnie obserwujemy ich, by dowiedzieć się jak wykorzystać zdobyte informacje. Wcześnie w życiu zaczynamy szukać tych wskazówek. Kiedy dziecko w wieku dwóch lat zaczyna mieć świadomość tego, że jest istotą odrębną od matki, podejmuje trudy uspołecznienia swojego ja. Niemowlę, które się potknęło patrzy na rodziców, którzy pokażą co robić. Jeśli zobaczy na twarzy mamy przerażenie, zacznie płakać. Jeśli mama się uśmiechnie – obędzie się bez płaczu. Ta wczesna uważność na wskazówki informacyjne i wykorzystywanie ich nazywana jest społecznym odniesieniem. Niedługo potem dziecko zaczyna dostosowywać się do zaobserwowanych w grupie norm, na przykład żeby się dzielić, czekać na swoją kolej, nie bić innych dzieci etc. (…)”


cały artykuł można przeczytać tutaj:

/www.charaktery.eu/wiesci-psychologiczne/10014/Pochwa%C5%82a-konformizmu


TERAPEUTA GDAŃSK PSYCHOTERAPIA PSYCHODYNAMICZNA W GDAŃSKU

Prasa: „Męska empatia.”

Na portalu internetowym miesięcznika psychologicznego „Charaktery” pojawił się wpis dotyczący badania empatii i jej korelacji z poziomem hormonów u mężczyzn. Bardzo ciekawa teza:

Psychoterapia Psychodynamiczna w Gdańsku„Wahania poziomu testosteronu mogą powodować różne zmiany w organizmie mężczyzny, na przykład trudności w życiu erotycznym oraz problemy zdrowotne. Ale mogą też wpływać na kontakty z dziećmi – uważają psycholog Patty Kuo i prof. Brenda Volling z Uniwersytetu w Michigan.

– Dla rodziców płacz dziecka jest silnym bodźcem i może wywoływać różne reakcje emocjonalne – empatię, ale też irytację czy zdenerwowanie – tłumaczy Kuo. Reakcjom emocjonalnym ojców towarzyszą zmiany hormonalne – empatii towarzyszy spadek testosteronu, a irytacji podwyższenie jego poziomu, stwierdziły badaczki. W laboratorium obserwowały interakcje między ojcami, a niemowlętami. Za pomocą badań śliny mierzyły w tym czasie poziom hormonów u mężczyzn. W trakcie eksperymentu dziecko było na krótką chwilę zabierane od ojca, a następnie wracało bezpiecznie do rodzica.

Wiele niemowląt reagowało na to rozstanie wyraźnym zdenerwowaniem, szukały rodzica wokół siebie, zaczynały płakać, a kiedy wracały w jego bezpiecznie objęcia, szukały pocieszenia. Kuo wyjaśnia, że kiedy ojcowie obserwowali płacz dziecka i interpretowali to jako sygnał, że dziecko jest zestresowane, uruchamiało to ich empatię, a w organizmie badanego obserwowano spadek poziomu testosteronu. Dzięki temu spadkowi umieli pocieszyć dziecko, kiedy wróciło po rozłące – uważają autorki. Kiedy ojcowie odbierali płacz dziecka jako irytujący, poziom testosteronu w ich ciałach rósł i ich reakcja na dziecko była negatywna, intruzywna. Po pierwszym zadaniu, ojcowie dostali kolejne – mieli nauczyć swoje dzieci kilku czynności (uderzać pałeczką w cymbałki, pociągać dźwignie w pudełku, trafiać w odpowiednie kształty klocków). Na nauczenie każdej z tych czynności mieli pięć minut. (…)”


cały tekst jest dostępny na stronie internetowej:

www.charaktery.eu/wiesci-psychologiczne/10019/M%C4%99ska-empatia


PSYCHOLOG GDAŃSKPSYCHOTERAPIA PSYCHODYNAMICZNA W GDAŃSKU

Portale internetowe: „Pokolenie dopalaczy.”

Na stronie internetowej Uniwersytetu SWPS pojawił się zwięzły artykuł dotyczący najnowszych badań nad dopalaczami i środkami odurzającymi. Warto przeczytać!

Psychoterapia Psychodynamiczna w Gdańsku„Są czwartą najczęściej stosowaną przez młodzież używką. „Kadzidełka”, „artykuły kolekcjonerskie”, „Cocolino” – większość osób zażywających nowe substancje psychoaktywne zna tylko ich nazwy marketingowe. Nie wie nic o składzie chemicznym czy efektach ubocznych. Młodzi ryzykują jednak, aby integrować się z innymi i zapewnić sobie silniejsze doznania – wynika z najnowszych badań zespołu naukowców z Uniwersytetu SWPS.

Wyniki badania realizowanego w ramach międzynarodowego projektu: I-TREND (Internet tools for research in Europe on new drugs) – w Polsce pod kierownictwem prof. Piotra Sałustowicza, socjologa z Uniwersytetu SWPS – dostarczają potrzebnej wiedzy na temat postrzegania i używania nowych substancji psychoaktywnych przez polską młodzież. Przebadano grupę 1385 osób, w której 88% stanowili młodzi mężczyźni i kobiety poniżej 25 roku życia. Zaraz za alkoholem, marihuaną, ecstasy czy amfetaminą są czwartą najczęściej wskazywaną używką. Są bardziej popularne niż LSD czy grzyby halucynogenne. Najpopularniejszymi substancjami wymienianymi przez badanych były: mefedron (zdelegalizowany od roku 2011) oraz narkotyki modyfikowane sprzedawane pod marketingową nazwą „Kokolino”, „Sztywny Misza”, „Władziu” i „Funky”.

Kto sięga po dopalacze?

Prawie wszyscy respondenci mieli wcześniejsze doświadczenie używania alkoholu, tytoniu i narkotyków. Wiek pierwszego kontaktu z nowymi substancjami to średnio około 17 lat. Badane osoby mieszkają w dużych miastach, mają niskie zarobki, są na utrzymaniu rodziców, uczą się, studiują lub dopiero rozpoczynają karierę zawodową. Grupa użytkowników dopalaczy jest bardzo zróżnicowana, co pokazuje analiza forów internetowych przeprowadzona przez zespół naukowców w składzie: dr Dorota Wiszejko-Wierzbicka, psycholog z Uniwersytetu SWPS mgr Michał Kidawa, Krajowe Biuro do Spraw Przeciwdziałania Narkomanii oraz mgr Marta Jabłońska. Na forum użytkownicy dzielą się informacjami, wynikami doświadczeń, które przeprowadzają na sobie, udzielają sobie rad i opisują efekty działania rozmaitych substancji. (…)”


całość jest dostępna na stronie internetowej Uniwersytetu SWPS:

http://www.swps.pl/warszawa/nauka-i-rozwoj/warszawa-badania-i-projekty-doniesienia-ze-swiata-nauki/13030-pokolenie-dopalaczy


 PSYCHOTERAPIA PSYCHODYNAMICZNA W GDAŃSKUPSYCHOLOG GDAŃSK