Wywiady: „Tylko silni mężczyźni płaczą naprawdę.”

Poniżej fragment wywiadu – rzeki z psychologiem, psychoterapeutą, Wojciechem Eichelbergerem. Rozmowę prowadzi redaktorka „Wysokich Obcasów”, Agnieszka Jucewicz:

Psychoterapia GdańskZaczynamy tęsknić za tzw. prawdziwym mężczyzną?

Kto pani zdaniem za nim tęskni?

Na przykład kobiety. Niezależne, z pasjami. Szukają równie samodzielnych, zdecydowanych mężczyzn, na których mogłyby polegać, ale częściej trafiają na biernych, niepewnych siebie, którzy oczekują wsparcia i dopieszczenia. O tej tęsknocie za silnym mężczyzną opowiadała mi również Alicja Długołęcka, edukatorka seksualna. Coraz więcej kobiet na jej warsztatach zwierza się, że w łóżku pragną samca alfa, a nie „misia”. Tęsknotę tę widać też w popkulturze, choćby w filmie „Zjawa”, obsypanej nagrodami, brutalnej historii o mężczyźnie, którego nic nie jest w stanie zabić, nawet wielka niedźwiedzica. Albo w sukcesie książki o fascynacji drewnem „Porąb i spal”, którą reklamuje się jako tytuł „dla prawdziwych mężczyzn”.

Bardzo mnie cieszą pani obserwacje. Przede wszystkim to, że kobiety zaczynają przyznawać się do tęsknoty za silnym mężczyzną. Bo to może oznaczać, że pojawiła się szansa na przełamanie tego kryzysu męskości, którego świadkami jesteśmy od lat. Może wreszcie z tego galimatiasu społeczno-kulturowego, w którym kobiety zdecydowanie zyskały na sile i niezależności – ekonomicznej, zawodowej, obyczajowej – a mężczyźni się zagubili, bo stary wzorzec męskości przestał obowiązywać, wyłoni się jakiś nowy typ mężczyzny, który będzie się umiał w tej nowej rzeczywistości odnaleźć.

Mężczyzny, który potrafi być i czuły, i stanowczy. Mężczyzny, który zajmie się malutkim dzieckiem i nie będzie uważał tego za niemęskie, a jednocześnie będzie umiał stanąć w obronie swojej rodziny, kiedy zajdzie taka potrzeba. Mężczyzny świadomego i pewnego swojej roli, tego, kim jest w relacji z partnerką, z dziećmi, w pracy.

Mężczyźni nie są dzisiaj tego pewni?

Wielu ma wątpliwości. Przychodzą na terapię indywidualną albo dla par i mówią na przykład: „Nie wiem, jak mam ułożyć sobie relację z moją partnerką, która więcej ode mnie zarabia, robi karierę, a mnie właśnie grozi zwolnienie” albo „Ona sobie świetnie radzi sama, nie potrzebuje mojej opieki. Do czego ja jej właściwie jestem potrzebny? Co ja mam robić w tym związku?”. Coraz więcej jest mężczyzn, którzy, jak to się brzydko mówi, siedzą w domu. Oczywiście, kobiety dobrze wiedzą, co się za tym siedzeniem kryje. Ci mężczyźni też w tym domu pracują, robią, co mogą, ale nie potrafią z tego czerpać satysfakcji.

Bo?

Bo ten stary model męskości, który dostali w spadku, podszeptuje im, że to nie tak ma być. A nowego nie ma! Rozmawiałem ostatnio z pewną kobietą, która zrobiła „badania terenowe” na placach zabaw wśród ojców opiekujących się małymi dziećmi. Wyszło jej, że większość tych mężczyzn wstydzi się tego, że są pełnoetatowymi ojcami. Nie wchodzą w interakcje ani z innymi mężczyznami w podobnej roli, ani z matkami. Trzymają się raczej z boku, chodzą z tymi wózkami gdzieś po krzakach. Zapytani o to mówią: „Nie ma się czym chwalić. Przecież nie będę rozmawiał z innymi mężczyznami o tym, które pieluchy są lepsze”. Brakuje im wzorców, żeby mogli się poczuć w tej sytuacji dobrze. Dumni, a nie obdarci ze swojej męskości. Do tego jeszcze część kobiet patrzy na nich z życzliwością, ale jednocześnie z pewną nutą pobłażliwości i lekceważenia, że jednak ten mężczyzna byłby więcej wart, gdyby potrafił zarobić na kogoś, kto by z tym wózkiem chodził. (…)”


całość jest dostępna na stronie internetowej:

www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,127763,19711535,tylko-silni-mezczyzni-placza-naprawde.html


PSYCHOLOG W GDAŃSKUPSYCHOTERAPIA GDAŃSK

Wywiady: „Miłość ci wszystko wypaczy.”

Ciekawy i nieco kontrowersyjny wywiad o miłości z perspektywy psychologii społecznej. Z profesorem Bogdanem Wojciszke rozmawia Marcin Rotkiewicz, redaktor tygodnika „Polityka”. Warto przeczytać!

Gabinet Psychoterapii w GdańskuMarcin Rotkiewicz: – Czytając pańską książkę „Psychologia miłości” miałem wrażenie, że jednym z głównych jej celów jest radykalne rozprawienie się z fatalnym, pana zdaniem, mitem miłości romantycznej.

Bogdan Wojciszke: – Wcale nie twierdzę, że miłość romantyczna jest fatalna.

Ale pisze pan: „Kult miłości romantycznej jest w naszej kulturze równie rozpowszechniony co niedorzeczny”.

Bo nie podoba mi się jej rozdęcie do rangi jedynej odmiany miłości, która warta jest przeżywania i uwieczniania przez sztukę. Jest to pewien nonsens. To tak, jakby skoncentrować się w opisie życia człowieka wyłącznie na czternastym roku życia. Przecież to tylko jeden rok, więc dlaczego akurat na nim się skupiać?

To z jakiego powodu to robimy?

Może za sprawą intensywności przeżywania miłości romantycznej, która w dużym stopniu bierze się z tego, że miotają nami hormony. Niewiele wówczas rozumiemy, co się w nas i dookoła dzieje. Czujemy się jak ta szybująca w powietrzu krowa, która ni stąd, ni zowąd zaczęła latać.

Czyli lubujemy się w wychwalaniu krótkotrwałego stanu upojenia hormonalnego.

Otóż to. I wydaje mi się to dziwactwem naszej kultury – taka jednostronna koncentracja na czymś niezwykle ulotnym. Irytuje mnie utożsamianie tej postaci, czy też fazy, uczucia do drugiego człowieka z miłością w ogóle. Nasza kultura nie dostarcza żadnych wzorców kochania się w inny sposób. Tymczasem ten inny sposób trwa wielokrotnie dłużej. Nie chcę potępiać w czambuł miłości romantycznej, tylko zwrócić uwagę, że jej kult jako jedynej jest dość dziwaczny.

Bylibyśmy szczęśliwsi, gdybyśmy jej tak nie wychwalali?

Promocja jednej tylko formy miłości ma taki skutek, że ludzie nie bardzo wiedzą, jak można kochać drugiego człowieka w inny sposób. Gdy już romantyczne uniesienie dobiegnie końca, co jest przecież nieuchronne jak amen w pacierzu, czujemy się zawiedzeni, sfrustrowani, obwiniamy siebie, a jeszcze częściej partnera, że nie nadaje się do związku i nie potrafi kochać. To zupełnie niepotrzebne. Oczywiście, miło jest wiązać się z drugim człowiekiem z przekonaniem, że romantyczne uniesienia będą trwać zawsze. Jednak uświadomienie sobie, że prędzej czy później się skończą, jest na pewno znacznie rozsądniejsze. (…)”


całość jest do przeczytania tutaj:

www.polityka.pl/tygodnikpolityka/nauka/245405,1,milosc-ci-wszystko-wypaczy.read


 GABINET PSYCHOTERAPII W GDAŃSKUPSYCHOLOG GDAŃSK

Wywiady: „Zazdrość niszczy. Jak sobie z nią radzić?”

Na łamach „Wysokich Obcasów” (weekendowy dodatek do „Gazety Wyborczej”) pojawił się wywiad z psychologiem, Zofią Milską-Wrzosińską. Agnieszka Jucewicz zadaje pytania dotyczące zazdrości:

Psychoterapia Psychodynamiczna GdańskZazdrość – co to za uczucie?

Znane nie tylko ludziom. Kiedyś robiono takie badania na szympansach: miały przenosić kamyki z jednego miejsca w drugie. Jak przeniosły, dostawały w nagrodę plasterek ogórka. Po pewnym czasie eksperymentator zaczął dawać jednej z małp winogrono, które jest dla małp smaczniejsze. Ta, która nadal dostawała ogórek, najpierw zastrajkowała, czyli przestała przenosić kamyk, a potem obrażona odwróciła się plecami do eksperymentatora i odmówiła współdziałania. Wcześniej była gotowa nawet pracować na tej diecie ogórkowej, ale przecież nie, jeśli koleżanka dostała podwyżkę.

To u małp. A u ludzi?

Zacznijmy od psychologii ewolucyjnej, która zajmuje się pierwotnymi mechanizmami funkcjonowania w nawiązaniu do teorii Darwina. Wedle takiego myślenia zazdrość to przede wszystkim rywalizacja o sukces reprodukcyjny.

Zazdrościmy innym tego, że mają więcej dzieci?!

Nie tyle chodzi o dzieci, ile o atrybuty, które zwiększają prawdopodobieństwo przekazania naszych genów, czyli zdobycie odpowiedniego partnera (zdrowego, płodnego, zapewniającego przetrwanie) i zbudowanie gniazda zwiększającego potencjał naszych dzieci. Ci, którzy mają urodę, siłę czy inne przymioty, mają na to większe szanse, a ich dzieci będą silniejsze, lepsze, mądrzejsze, więc będzie im łatwiej przetrwać i się mnożyć. Według czołowego psychologa ewolucyjnego Davida Bussa największą szansę na przekazanie swoich genów mają zazdrośni i agresywni mężczyźni oraz również zazdrosne, ale dodatkowo czułe i przebiegłe kobiety.

Kiedy mężczyzna zazdrości koledze awansu, to na poziomie świadomym wydaje mu się, że chodzi o pozycję czy większe pieniądze. Ale psycholodzy ewolucyjni podkreślają, że władza i pieniądze nie są celem samym w sobie. Na nieświadomym poziomie znaczenie ma potencjał prokreacyjny – kolega będzie miał teraz większe powodzenie u kobiet, będzie mógł wybierać te piękniejsze, zdrowsze, bardziej płodne i skutecznie się rozmnażać. A jeśli już ma dzieci, będzie mógł zapewnić im lepsze warunki, tak by przeżyły i miały w przyszłości jak największe szanse na ewolucyjnym rynku. Czyli ta zazdrość ma funkcję przystosowawczą, bo może go zmotywować do walki o poprawę swojej pozycji.

To jest jedna perspektywa – psychologii ewolucyjnej. Są inne?

Są inne ujęcia rozumienia zazdrości, może bardziej zbliżone do codziennych sytuacji i potocznego myślenia. Zazdrość możemy rozumieć na przykład w kategoriach struktury ”ja”. (…)”


cały tekst jest dostępny na stronie internetowej „Wysokich Obcasów”:

www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53664,12618294,Zazdrosc_niszczy__Jak_sobie_z_nia_radzic_.html


TERAPIA W GDAŃSKUPSYCHOTERAPIA PSYCHODYNAMICZNA GDAŃSK

Wywiady: „Gdzie ci mężczyźni?”

Z prof. Philipem Zimbardo, wybitnym amerykańskim psychologiem rozmawia Marek Rybarczyk. Rozmowa ukazała się na łamach tygodnika „Newsweek”:

Psychoterapia Psychodynamiczna GdańskNewsweek: Faceci w Polsce dużo mówią o równouprawnieniu. Mało robią. Gdzie się podziali nowocześni mężczyźni?

Prof. Zimbardo: Niepokoję się o to co dzieje się z młodymi mężczyznami – w Ameryce, w wielu krajach Azji, także w Polsce. Na naszych oczach zaszła zła zmiana w młodym pokoleniu mężczyzn. Dlaczego chłopcy na całym świecie uczą się gorzej od rówieśnic, nie potrafią się z nimi dogadywać się i dlaczego potem nie mają udanego życia seksualnego z kobietami?

Newsweek: Na ile to wrażenie, na ile fakty?

Prof. Zimbardo: Zrobiliśmy wielki sondaż internetowy. 20 tysięcy młodych osób – w trzech czwartych większości chłopców i młodych mężczyzn. Powtarzało się u nich wyznanie: „Jestem zagubiony w życiu, gdzieś dryfuję”.

Newsweek: Młode kobiety się nie gubiły?

Prof. Zimbardo: Nie. Miały cele życiowe, były w większości pewne siebie. Większość z nich radzi sobie lepiej niż ich matki. Większość mężczyzn gorzej niż ich ojcowie. Co ciekawe wielu młodych mężczyzn nie chce w ogóle pracować. Mają dziwne poczucie, że wszystko im się należy od żony niezależnie od ich własnego wysiłku. Być mężczyzną oznacza często przekonanie: nie dostaję wciąż tyle, na ile zasługuję.

Newsweek: Tak jak mały chłopak wymaga coraz więcej od matki.

Prof. Zimbardo: Dokładnie, poza seksem. Myślą, że tak to funkcjonuje, że tak ma być. To ty kobieto – żono, partnerko – masz się o mnie troszczyć. Nawet jeśli pracujesz etatowo. Ja nie muszę nic robić albo prawie nic.

Newsweek: Czyli co? Wróciliśmy do lat 50. XX wieku?

Prof. Zimbardo: Kobietom żyje się wręcz gorzej. Stary system funkcjonował tak, że były gospodyniami, nie pracowały. Moja matka prała i prasowała trzydzieści koszul, dla mojego ojca, dla mnie i dwóch braci. Teraz gdy kobiety pracują nie można wymagać od nich, by były dodatkowo gospodyniami na cały etat! Problem w tym, że większość mężczyzn nie chce prawie wcale dzielić obowiązków domowych z partnerkami.

Newsweek: Myśli Pan, że tak samo jest w Los Angeles i w Warszawie?

Prof. Zimbardo: Nie różni się to specjalnie. Przyjeżdżam do Polski regularnie od ponad 20 lat, czytam badania i rozmawiam z ludźmi, moja żona jest Polką z pochodzenia. W mojej książce „Gdzie ci mężczyźni?” wypowiada się wiele kobiet. Są takie, które mieszkają z nie mającym pracy ani nie studiującym chłopakiem albo mężem. Narzekają, że mężczyźni czekają aż wrócą z pracy i robią im wymówki, że nie zabierają się do prac domowych.

Newsweek: Czy to nie zaczyna się wtedy, kiedy trzydziestoletni „chłopczyk” wciąż mieszka z mamą?

Prof. Zimbardo: To model włoski. Włosi, a jestem Sycylijczykiem z pochodzenia, lubią mówić: „Każdy syn jest zemstą jego matki na mężu”. We Włoszech nie do pomyślenia jest, by nie jeść w niedzielę obiadku u mamy. Ten układ upowszechnia na całym świecie. Partnerzy oczekują, że ich partnerki będą mamusiami. A żona to nie matka. To przyjaciel i kumpel na całe życie lub jego część. To nie jest osoba, która ma być nową matką. (…)”


całość jest dostępna tutaj:

www.nauka.newsweek.pl/leniwi-mezczyzni-i-zaradne-kobiety-wywiad-prof-zimbardo-newsweek-pl,artykuly,345565,1.html


PSYCHOTERAPIA PSYCHODYNAMICZNA GDAŃSK PSYCHOLOG W GDAŃSKU

Prasa: „Wspierasz innych? Tak naprawdę pomagasz samemu sobie.”

Na stronie internetowej magazynu „National Geographic” pojawił się artykuł dotyczący biologicznych i ewolucyjnych uwarunkowań altruizmu:

Psychoterapia Psychodynamiczna Gdańsk„​Pomaganie innym stanowi rodzaj nagrody dla nas samych, gdyż m.in. poprawia nam samoocenę – powiedziała PAP psycholog Joanna Gutral z Uniwersytetu SWPS. Nie jest to jednak główna przyczyna altruizmu ludzi – zaznaczyła.

„Z punktu widzenia socjologii pomagając innym i wspierając akcje charytatywne kierujemy się perspektywą korzyści dla siebie. Motywuje nas to, że jeśli sami będziemy w potrzebie, to zawsze znajdzie się ktoś, kto pomoże nam. Jest to tzw. teoria wymiany społecznej” – powiedziała PAP psycholog Joanna Gutral, doktorantka Uniwersytetu SWPS. W tym kontekście zachowania empatyczne i altruistyczne mają znaczenie przystosowawcze, adaptacyjne – dodała.

Nieco inaczej zachowania altruistyczne są tłumaczone przez badaczy procesów ewolucji. Z punktu widzenia praw przyrody nie jest łatwo zrozumieć, dlaczego człowiek potrafi poświęcić własne życie, aby pomóc drugiej osobie, zwłaszcza jeśli nie jest ona z nami spokrewniona. W 1975 r. amerykański biolog i zoolog Edward Osborne Wilson zaproponował na łamach pisma „Sociobiology”, że altruizm jest tak naprawdę zaprogramowany w nas genetycznie (zachowania altruistyczne przejawiają już małe dzieci) i ma służyć przetrwaniu gatunku. Przeciwnicy tej teorii uważali jednak, że trudno dopatrzyć się w niej sensu. Jak bowiem wyjaśnić fakt, że poświęcając własne życie dla kogoś ryzykujemy tym, że bezpowrotnie przepadną nasze geny? Wilson poradził sobie z tymi zarzutami tworząc koncepcję tzw. doboru krewniaczego, zgodnie z którą osobniki altruistyczne są bardziej skłonne do pomocy swoim krewnym, a zatem i tak mają większe szanse, że jakieś ich geny przetrwają. Ta teoria została ostatecznie zaakceptowana i do niedawna bezsprzecznie królowała w biologii.

Społeczeństwo ważniejsze od krewnych?

W 2010 r. sam Wilson mocno ją zmodyfikował. Na łamach tygodnika „Nature” podważył koncepcję, że ochrona genów, które dzielimy z krewnymi, jest główną siłą napędową ewolucji i przyczyną naszych zachowań altruistycznych. Jego zdaniem rodzina ostatecznie nie jest tu najważniejsza, ale przetrwanie grupy i społeczności, nawet jeśli nie jesteśmy spokrewnieni z jej członkami.

Jednak niezależnie od ewolucyjnych korzeni zachowań altruistycznych pewne jest, że sami czerpiemy z nich korzyści – oceniła Joanna Gutral. Badania wskazują, że zachowania altruistyczne aktywują w naszym mózgu tzw. centra nagrody, odpowiedzialne m.in. za odczuwanie przyjemności. (…)”


całość jest dostępna tutaj:

www.national-geographic.pl/national-geographic/ludzie/pomagasz-innym-tak-naprawde-pomagasz-samemu-sobie-tajemnica-altruizmu


PSYCHOTERAPIA PSYCHODYNAMICZNA GDAŃSKTERAPIA W GDAŃSKU

Wywiady: „A co masz do stracenia?”

Na stronie internetowej „Wysokich Obcasów” pojawił się wywiad z psychoterapeutą, Alanem Bernsteinem. Rozmowa jest o podejmowanych zmianach życiowych:

Psychoterapia Psychodynamiczna w Gdańsku „Dlaczego tak wielu ludzi jest opornych na zmiany? Wolą tkwić w czymś, co ich unieszczęśliwia, niż ruszyć do przodu.

Problem polega na tym, że to nie jest kwestia woli. W większości przypadków ten opór bierze się z rozmaitych nieświadomych mechanizmów, presji społecznej, wychowania. „Rzucanie” czegoś jest afirmowane tylko wtedy, kiedy mowa o nałogach. W innych przypadkach rezygnacja z obranego celu – np. pracy, związku, choćby najbardziej toksycznego – wiąże się zwykle z ogromnym bagażem emocjonalnym. Powinniśmy się z tego wytłumaczyć – rodzinie, znajomym, ale przede wszystkim samemu sobie. Poza tym, jak mawiają Anglosasi, lepszy diabeł oswojony niż obcy, co oznacza, że wielu ludzi woli męczyć się w czymś, co dobrze zna i z czym nauczyło się żyć, niż ruszyć w nieznane i zafundować sobie uczuciowy galimatias. Gabinety terapeutów pełne są takich osób. Emocjonalnie jesteśmy zaprogramowani na wytrwałość. I nawet jeśli upadamy, to czujemy wewnętrzny przymus, żeby wstać, otrzepać się i działać dalej.

Nawet we współczesnym świecie, który tak promuje elastyczność i zachęca do częstych zmian?

Jest pani pewna? A co z tymi wszystkimi hasłami typu „damy radę”, jak chociażby „Yes, we can!” z kampanii wyborczej Obamy? To przesłanie idealnie trafiło do wyborców. Nie wiem, jak w polskiej kulturze, ale stanowisko amerykańskiego społeczeństwa jest w tej kwestii dość nieprzejednane. Słowo „quitter” [od ang. quit – rzucić coś] jest jednym z dosadniejszych epitetów. To synonim nieudacznika, lekkoducha, który poddaje się zbyt łatwo i nie umie ważnych spraw doprowadzić do końca. W ten epitet jest wpisany osąd moralny.

Proszę mnie dobrze zrozumieć. Nie zależy mi na tym, żeby ludzie teraz zbiorowo i bezrefleksyjnie porzucali pracę, partnerów czy zobowiązania, „bo tak im podpowiada intuicja”. Ona akurat nie jest dobrym przewodnikiem w podejmowaniu ważnych decyzji. Z koleżanką po fachu Peg Streep próbujemy w naszej książce pokazać, że sztuka świadomego wychodzenia z sytuacji, które już nam nie służą, jest czymś, czego trzeba się nauczyć. Ważne zmiany wymagają zachodu, przygotowań i planowania. Warto też zdać sobie sprawę, że nie jest tak, iż to my mamy kontrolę nad wszystkim. Nasz umysł stosuje wiele sztuczek, by zachować status quo.

Te ważne życiowe zmiany nazywa pan „odangażowaniem się”.

Tak, ponieważ każda zmiana powinna się w pierwszej kolejności wiązać z uwolnieniem umysłu od wcześniejszego zaangażowania.

Co potem?

Potrzebny jest nowy cel, w który włożymy serce i energię, a następnie – świadoma zmiana zachowania, która pozwoli nam ten cel osiągnąć. To proces, który wymaga wysiłku. I czasu. Jest przeciwieństwem stereotypowego „rzucania” z okrzykiem „Mam dość!” i trzaskaniem drzwiami. To się sprawdza w filmach, w życiu – nie.

Jakie to sztuczki stosuje nasz umysł, żeby nas zatrzymać w znanym miejscu, chociaż nam ono szkodzi?

Powszechną sztuczką jest tzw. pułapka utopionych kosztów. Każdy, kto ma samochód, pojmie w mig, o czym mówię. Powiedzmy, że ma pani kilkunastoletnie, ukochane auto. Przeczuwa pani, że kolejne naprawy nie mają sensu, ale mimo że samochód psuje się coraz częściej i pochłania coraz więcej pieniędzy, po raz kolejny jedzie pani do mechanika, zamiast pozbyć się gruchota, póki ktoś jeszcze chce go kupić. (…)”


cały wywiad dostępny jest tutaj:

http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53664,19361244,a-co-masz-do-stracenia-trwanie-w-sytuacji-ktora-nas-unieszczesliwia.html


PSYCHOTERAPIA PSYCHODYNAMICZNA W GDAŃSKUTERAPEUTA GDAŃSK

Wywiady: „Książę z bajki cię wykończy.”

W „Gazecie Wyborczej” pojawił się wywiad Agnieszki Jucewicz dotyczący współczesnej udręki związanej z podejmowaniem niezliczonych decyzji dziennie oraz ze zjawiskiem tzw. paradoksu wyboru. Na pytania odpowiada profesor psychologii w Swarthmore College w Pensylwanii, Barry Schwartz:

Psychoterapia Psychodynamiczna w Gdańsku„Agnieszka Jucewicz: Wie pan, co robi mój sześcioletni syn, gdy go pytam, w co by się chciał pobawić albo co ma ochotę zjeść?

Barry Schwartz: Co?

Rzuca się z rozpaczą na kanapę, wykrzykując: „Nie wiem!”. Zwykle doprowadzało mnie to do szału, ale po lekturze pana książki „Paradoks wyboru” zrozumiałam, że on naprawdę cierpi.

– A razem z nim wielu dorosłych, którzy są równie nieszczęśliwi, stając w obliczu tysiąca decyzji dziennie. Może już nie rzucają się z płaczem na kanapę, za to żyją w potwornym napięciu i lęku. Dokonywanie wyboru przez dzieci to zresztą szalenie ciekawy i kompletnie zaniedbany obszar badań naukowych. Niesłusznie, bo problem będzie się pogłębiał. Dzieci uczą się od dorosłych, a dorośli są coraz mniej sprawni, jeśli chodzi o umiejętność wybierania.

Na czym właściwie polega ten problem z wyborem?

– Na tym, że dzisiaj jest on po prostu zbyt duży! Liczyła pani kiedyś, ile jest rodzajów płatków w supermarkecie, w którym robi pani zakupy? Ile sosów do makaronów, ile win?

To źle, że tak dużo? Przecież każdy może znaleźć coś dla siebie.

– Przez długi czas duży wybór kojarzył się z wolnością, autonomią i samostanowieniem. W świecie, w którym istnieje praktycznie nieskończona liczba opcji, każdy znajdzie, jak to pani określiła, „coś dla siebie”. Tyle że okazało się, że kiedy mamy tysiąc możliwości, pojawia się podstawowy kłopot z określeniem, czym to „coś dla siebie” tak naprawdę jest. Wtedy wybór przestaje już być błogosławieństwem. W 2000 roku Sheena Iyengar i Mark Lepper, amerykańscy naukowcy, w sklepie z luksusowymi towarami wystawili słoiki z egzotycznymi dżemami do degustacji. Każdy z klientów dostał bon uprawniający do jednodolarowej zniżki, gdyby zdecydował się na kupienie któregoś z tych dżemów. Gdy wystawiono sześć rodzajów smaków, na zakup zdecydowało się aż 30 proc. klientów. Ale gdy zwiększono asortyment do 24 smaków, odsetek kupców zmalał do 3 proc. Większy wybór paraliżował ludzi. Praca Iyengar i Leppera opisująca ten eksperyment nosi tytuł „Kiedy wybór demotywuje” i jest bodaj pierwszym naukowym dowodem na to, że za dużo dobrego może szkodzić.

Dlaczego tak się dzieje?

– Moje długoletnie badania nad tym zagadnieniem pokazują, że rośnie grupa osób, które boją się dokonać jakiegokolwiek wyboru, by nie mieć poczucia, że źle wybrały. Wolą niczego nie wybierać, niż czuć się przegranymi.

Ale ci, którzy się na coś zdecydują, wcale nie mają się lepiej. Często czują niedosyt, a nawet żal i poczucie winy, bo zaczynają się rozwodzić nad tym, co by było, gdyby wybrali jedną z możliwości, które właśnie odrzucili. „A może któryś z tych pozostałych 23 dżemów byłby lepszy?”. Ten stan swoistego paraliżu coraz częściej dostrzegam u moich studentów. Chociaż to bardzo zdolni ludzie z ogromnym potencjałem, kończą studia i kompletnie nie wiedzą, co ze sobą począć. Lądują więc w byle jakiej pracy, żeby tylko opłacić czynsz i mieć na jedzenie. I tak sobie trwają. Wie pani, że Starbucks ma najlepiej wykształconą kadrę w Stanach Zjednoczonych? (…)”


cały tekst jest dostępny na stronie internetowej „Gazety Wyborczej”:

www.wyborcza.pl/magazyn/1,145323,18112084,Ksiaze_z_bajki_cie_wykonczy.html


TERAPIA GDAŃSKPSYCHOTERAPIA PSYCHODYNAMICZNA W GDAŃSKU