Wywiady: „Kłótnia dobra i zła.”

Na stronie internetowej tygodnika „Wysokie Obcasy” pojawił się ciekawy wywiad z psychiatrą, psychoterapeutą, prof. Bogdanem de Barbaro. Ze specjalistą rozmawia Agnieszka Jucewicz:

Psychoterapia Psychodynamiczna GdańskSą pary, które w ogóle się nie kłócą?

Może są, ale ja takich nie znam. Mogą twierdzić, że są ludźmi łagodnymi, ale każdy ma w sobie taką energię, która nazywa się złość, gniew, i ja jako terapeuta byłbym ciekaw, gdzie oni tę energię schowali.

Gdzie mogli ją schować?

Może ją tłumią i to im nie przeszkadza? My przecież mnóstwo rzeczy tłumimy – agresję, traumy z wczesnego dzieciństwa, lęki. W kłótni jednak zawiera się taka myśl: „Zależy mi na tobie, chcę ciebie, ale innego”.

Kłótnia jest lepsza niż obojętność?

Jest w niej życie, a kiedy ludzie milczą, to może znaczyć, że ich związek gaśnie.

Te pierwsze kłótnie w związku czego zwykle dotyczą?

Do kryzysu często dochodzi w momencie zmiany fazy życia. I przejście z tego stanu – nazwijmy to umownie – narzeczeństwa do małżeństwa niewątpliwie taką zmianą jest. Na idealnym obrazie pokazują się rysy. W fazie zakochania pary rzadko muszą się dzisiaj zajmować takimi przyziemnymi sprawami, jak wspólne obowiązki, dom, utrzymanie tego domu, co na pewno sprzyja rozmaitym konfliktom. Na początku jest tylko przyjemność, potem zaczyna się to zmieniać.

I co się okazuje?

Że nie jesteśmy jedną duszą i ciałem, tylko jesteśmy różni. Często dochodzi wtedy do głosu problem uzależnienia emocjonalnego, czasem i ekonomicznego od rodziców. Pojawia się rodzaj lojalnościowego rozdarcia: Kim jestem? Bardziej mężem czy synem? Żoną czy córką?

To są kłótnie o to, „dlaczego ty co niedziela musisz jeździć do matki”?

Mogą być o to. Dlaczego ja, twoja żona albo twój mąż, jestem zawsze na drugim miejscu? Dlaczego do niej dzwonisz pięć razy dziennie, a mnie wyślesz zdawkowego SMS-a? Co prawda to napięcie między synową a teściową zostało strywializowane w dowcipach, ale one często odzwierciedlają ważną okoliczność z początków związku – brak separacji z własnymi rodzicami. Nie chodzi o to, żeby się od rodziców odwrócić, ale żeby stać się autonomicznym człowiekiem, który ma prawo do własnej sprawczości, a nie tkwić wciąż w skórze pięcioletniego Józia czy Kasi. Jeśli ktoś się z tym nie uporał, to będą się mu mieszały postaci matki i żony czy też ojca i męża.

Jaka jest konsekwencja tego mieszania się?

Na przykład taka, że jeśli żona nie będzie mi prała koszul i serwowała co wieczór kolacji tak jak moja mamusia, to pomyślę, że ona widocznie mnie nie kocha. Z kolei żona być może była wychowana w takiej rodzinie, w której wspólnie przygotowywało się posiłki albo robił je ten, kto miał czas, a koszule ojciec prasował sobie sam. Ona po prostu pochodzi z innej kultury. (…)”


całość jest do przeczytania tutaj:

www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,96856,17037241,Klotnia_dobra_i_zla___Zalezy_mi_na_tobie__chce_ciebie_.html


PSYCHOLOG W GDAŃSKUPSYCHOTERAPIA PSYCHODYNAMICZNA GDAŃSK

Prasa: „Uwiązani.”

Na stronie internetowej tygodnika „Polityka” można przeczytać artykuł o symbiotycznej relacji z rodzicami, autonomii, dojrzałości psychicznej, odseparowywaniu się. Autorka, Joanna Drosio-Czaplińska w ciekawy sposób łączy przykłady z życia wzięte z teoriami psychologicznymi a także wypowiedziami współczesnych psychoterapeutów:

Psychoterapia Psychodynamiczna w Gdańsku„Mądrze przecięta pępowina to podstawa do tego, by w przyszłości mieć poczucie sensu i celu. Łatwiej go znaleźć, gdy rodzic dał przyzwolenie na bycie sobą, pozwolił się zbuntować. Nie uzależnił, nie uwiązał. Bo dzieci nie należą do rodziców. Nie żyją po to, by ich zadowalać. Nie są im nic dłużne.

Rodzice dzielą się na tych, którzy wychowują dzieci dla świata, i tych, którzy zachowują je dla siebie. Ci drudzy, choć nieświadomie, mają swoje wyrafinowane metody wikłania. Jak państwo L., którzy, nadal mieszkają z dziećmi Ewą i Markiem. Żadne z nich, choć przekroczyli już czterdziestkę (oboje po studiach i na etatach), nie miało jeszcze stałego związku. Nie licząc tego pierwszego i jak dotychczas jedynego – z rodzicami. „Gdyby była taka potrzeba, to pokupowałoby się dzieciom mieszkania” – tłumaczy sąsiadom tata. Mama wie, dlaczego dzieci nie założyły jeszcze swoich rodzin: „Córka nie miała szczęścia do mężczyzn, a Marek, to, niestety… pierdoła”. Ostatni absztyfikant Ewy był wdowcem z trójką dzieci, dlatego rodzice odradzili córce związek. Dziewczyna, która spotykała się z Markiem jeszcze rok temu, „za bardzo się rządziła”. Państwo L. znajdują wiele argumentów, by zachować dzieci przy sobie. Siedemdziesięcioletni emeryci, okopani w swoich rodzicielskich rolach, stworzyli hermetyczny system.

Czasami więzi stają się wiązaniem. Bolesną niemożliwością, chorą lojalnością, błędnym kołem. Dr Jolanta Berezowska, psychiatra, terapeutka rodzin, superwizor Polskiego Towarzystwa Psychologicznego, ma wielu klientów, którzy nie potrafią odseparować się od rodziców. Mimo dojrzałego wieku, a nawet posiadania własnej rodziny nie wiedzą, kim są. Wszystko wydaje im się przypadkowe, począwszy od wyboru partnera, na pracy skończywszy. Nie potrafią stworzyć związku, bo każdy, prędzej czy później, przynosi rozczarowanie. Boją się odpowiedzialności lub są nadmiernie kontrolujący. Uzależnieni na różne sposoby od swoich rodziców nie potrafią o siebie zawalczyć, wyrwać się w świat, choć są na nim od 20, 30, a nawet 40 lat. Nie znają swoich potrzeb. Nie radzą sobie z życiem, choć pozornie wygląda to zupełnie inaczej. Dlaczego „odpępnienie” dla wielu ludzi jest takie trudne? Dr Berezowska wyjaśnia: – Dziecko zaczyna odchodzić od pierwszego spaceru na własnych nogach. Mądrzy rodzice powinni dawać wsparcie mówiąc: „poradzisz sobie”, zamiast „nie dasz rady beze mnie”. Wychowywanie to trenowanie rozłąki, która z czasem staje się coraz dłuższa.

Krok pierwszy: miłość

W dzieciństwie, gdy niewiele jeszcze zależy od nas, uczymy się wszystkiego, co najważniejsze. Człowiek rodzi się zaprogramowany na miłość. Przywiązać się i być kochanym – to nasze pierwsze zadanie rozwojowe. Jeśli matka przytula, dotyka, mówi, patrzy – mały człowiek nabiera przekonania, że świat jest bezpieczny tak jak bliskość. Psychologowie nazywają to nadzieją podstawową lub bazową ufnością.

To pierwszy moment na osi życia, które według psychologa Erika Eriksona zakończyć się powinno wewnętrzną integracją: pozbawioną bilansów akceptacją siebie i swoich wyborów. Kompetencje emocjonalne Erikson zamknął w hasłach: bazowa ufność, autonomia, inicjatywa, produktywność, tożsamość, intymność, generatywność, integralność (patrz także s. 6). To nazwy etapów, które uczą nas sztuki życia. Nic z tego, jeśli nie towarzyszy nam w tym mądry rodzic.

Bez nadziei podstawowej i wszystkich po kolei zdobytych „sprawności” nie ma nagrody – wspomnianej integralności.

Amerykański psycholog Richard D. Logan na podstawie teorii Eriksona pogrupował te poziomy rozwojowe. Według niego, jeśli nie dostaliśmy bazowej ufności, a potem nie zdobyliśmy autonomii, mamy marne szanse na udaną partnerską relację, na intymność. Bez niej według innego amerykańskiego psychologa Roberta Sternberga, autora trójczynnikowej teorii miłości, nie ma dobrego związku. (…)”


cały tekst jest do przeczytania tutaj:

www.polityka.pl/jamyoni/1524795,1,uwiazani.read


TERAPIA GDAŃSKPSYCHOTERAPIA PSYCHODYNAMICZNA W GDAŃSKU